ŚWINIA RYJE W SIECI, czyli z pamiętnika hejtera

20170721_161238_Film1

Wyobraźcie sobie: środek lata, w biurze 35 stopni i brak tlenu, biurko zawalone teczkami, harmonogram uginający się od dedlajnów… Tak oto Potłuczona szykuje się do urlopu. Ale Potłuczona nie jest normalna (bo się potłukła jakiś czas temu i po sklejeniu zostało trochę niedoróbek), więc na propozycję narzeczonego „Jedźmy na plażę pić drinki z parasolką”, odpowiada: „Zróbmy remont”.

W ciągu dwóch dni w moim mieszkaniu powstała wytwórnia gruzu, a ja spakowałam trzy pary gatek i wylądowałam u mamusi, w małym miasteczku, na zielonej łące za domem, w gumowcach i bikini (jedyny słuszny ubiór w sytuacji stąpania po podmokłych terenach przy zażywaniu kąpieli słonecznych).

 

Dziękuję Ci, PigOut!

W takich okolicznościach przyrody wzięłam do ręki nową publikację wydawnictwa EDIPRESSE. Nie mogło mi się na ten moment przydarzyć nić fajniejszego. Książka nie dość, że podniosła mnie na duchu, rozbawiła, to jeszcze dodała otuchy, że nie tylko ja jestem potłuczona.

Autorem książki „Świnia ryje w sieci, czyli z pamiętnika hejtera” jest twórca bloga PigOut. Śledzę od jakiegoś czasu, a i fanpejdż na fejsbuku z wielką przyjemnością polubiłam (choć nie polubiam tak ochoczo wszystkiego, co polecane i uczęszczane).  Nazwiska Autora nie ma co szukać – ani na okładce, ani na stronie tytułowej, ani nawet na stronie redakcyjnej. Pisze się tu pod pseudonimem blogowym.

Zastanawiałam się, jak skomponować recenzję takiej książki. I doszłam do wniosku, że ta publikacja nie jest typowa, więc i od recenzji nie oczekujcie przypadkiem odpowiedzi na pytanie „A o czym to?”.

Mogę Wam napisać „co to” – to zbiór tekstów, podzielony na cztery części:

„Świnia ryje w sieci” – o mediach, durnowatej modzie, śmiesznym marketingu, kinie, muzyce, wydarzeniach kulturalnych – słowem popkultura.

„Świnia na czerwonym dywanie” – czyli taki poradnik, jak nie zrobić kariery, ewentualnie jak ją zrobić i przepuścić na pierdoły.

„Świnia we własnym korytku” –  autoironiczne historie z życia.

„Świnia w podróży” – bardzo zabawne i luźne podejście do gatunku „reportaż z podróży”.

 

Blog PigOuta znajdziecie tu: http://www.pigout.pl

Informacja z fanpejdża na fejsbuku:

Głodny, zły i brzydki. Miłośnik trzypiętrowych burgerów, fan popkultury, entuzjasta podróży i kontestator rzeczywistości. Hejter, ale z klasą.

Takie tam darcie łacha z polityków, celebrytów, hipsterów i samego siebie. Popkultura, bieżące wydarzenia, selfiaki z burgerami i lifestajl dla leniwych, jednym słowem PigOut.

Trochę skromnie, bo na blogu nie przeczytamy o tym, jak fajnie siedzi się na kanapie i wcina burgery, czy też o tym, jakie majty Doda albo inna Cichopkowa założyła na bal charytatywny ratujący niedźwiedzie polarne na Saharze. Blog jest całkiem ciekawy. Są informacje o tym, gdzie dobrze zjeść, gdzie pojechać, co warto zobaczyć w kinie, jest sporo felietonów – wszystko w krótkiej, zjadliwej, humorystycznej oprawie, bez napinki. Ot, po prostu – wyrażenie swojej opinii.

Dość wspomnieć, że fp na fb ma ponad 17 tysięcy fanów! A czemu? Bo PigOut jest sympatyczny, zwyczajnie – jest sympatyczny! Pisze sobie (zresztą fajnie sobie pisze, bez zarzutu – matką polonistką się chwali kilkakrotnie, zatem docenia jej starania, za co ma u mnie duży plus – z wiadomych powodów. Może mój syn też kiedyś popełni jakieś dzieło i wspomni w nim o mamie polonistce 😉 ) o swoich odczuciach, o swoich spostrzeżeniach, wyraża swoją opinię – i nigdy nie traktuje tego, co pisze, jako jedynie słusznego poglądu i prawdy ostatecznej, nie przemyca w swoich tekstach sugestii, że jak ktoś myśli inaczej od niego – to głupek i niedouk.

„Świnia ryje w sieci” to teksty podobne do tych, jakie publikuje na blogu – krótkie, treściwe, zabarwione humorem (niejednokrotnie czarnym).

Czytało mi się naprawdę fajnie, zwłaszcza, że mój sposób myślenia idzie często w podobną stronę i podobne wyciągam wnioski, obserwując ten niewielki fragment świata, jaki jest mi dany.

Czytało mi się fajnie od początku, ale na 44. stronie postanowiłam podjąć już decyzję, czy czytam dalej (nie kończę gniotów – szkoda mi na to życia).

Coache i mówcy motywacyjni. Zdecydowanie największy fejsbukowy nowotwór. Nawet matki Brajanka nie spieprzą ci tak skutecznie dnia, jak coache. (…) Później jeszcze bezczelnie każe ci wyjść ze strefy komfortu. Raz wyszedłem, nie podobało mi się.

„Mój człowiek” – pomyślałam (i pomyślałam tak jeszcze wiele razy, czytając te wolne myśli) i czytałam dalej do jakiejś 2 w nocy (w myśl mojej stałej zasady „Jeszcze tylko jeden rozdział” – łyknęłam całą, a rano było mi przykro, że się skończyło).

PigOut pisze nie tylko o tym, co wkurza go w necie. Pisze, co sprawia, że szlak go trafia na co dzień: w pracy w korpo, w wielkim mieście i wielkich mieszczuchach. Nie oszczędza samego siebie – ze szczerością dziecięcia opisuje wtopy, których był głównym bohaterem (niektóre ciekawsze, inne nieco mniej).

Dziwi mnie co prawda, dlaczego Autor zechciał nazwać siebie hejterem. Ja jestem daleka od takiej oceny PigOuta. Powiedziałabym raczej, że hejt częściej kieruje w samego siebie niż w innych.

Książka nie stanie u mnie na półce wespół z wybitnymi dziełami. Stanie sobie chwilowo w ‘lekkich aktualnościach’, dopóki nie znajdę dla niej lepszego lokum.

Jeśli macie dystans, lubicie ironię, umiecie śmiać się z siebie i chcecie przeczytać coś prostego, bardzo aktualnego, to ta książka jest dla Was. Gwarantuję, że – tak jak ja – często będziecie powtarzać w trakcie lektury: „Mój człowiek!”.

Ale nie byłabym sobą, jakbym się nie przypieprzyła.

Widać pośpiech: w pisaniu, w redagowaniu i w korekcie. Kilka pierdoletek edytorskich, redaktorskich zaniedbań – ok, ale mocno ukłuł mnie w oko brak konsekwencji w pisowni, może komuś to nie przeszkadza, ale mnie – niestety tak. Nie rozumiem na przykład, dlaczego Autor (redaktor, korektor) nie zdecydował się na jedną formę zapisu wulgaryzmów. Raz mamy jakieś wykropkowanie, innym razem wali mięchem bez zastanowienia, czasem – wali z zastanowieniem i wtedy przeprasza zanim walnie. Podobnie jest ze spolszczeniami. Ja osobiście uwielbiam spolszczać pisownię, odmianę – ułatwiam sobie życie. Tu mam do czynienia z różnymi formami – spolszczonymi, pisanymi oryginalnie, używaniem potocznych określeń albo oficjalnych nazw. Rozumiem, że to wiele tekstów w jednej książce – ale na tym zdaje się polega zadanie redaktora, aby to umiejętnie sklecić w jedną publikację.

Ale duży plus za: nowe teksty, niepublikowane na blogu! Autor nie poszedł na łatwiznę i NAPISAŁ KSIĄŻKĘ, a nie wydał to, co już kiedyś popełnił – a to wielka różnica. Za to właśnie – wybaczam powyżej wspomniane błędy.

Panie PigOucie, proponuję jednak nieco bardziej zaszaleć z tym hejtem, skoro się Pan hejterem ogłosił, z krytyką Panu całkiem do twarzy, niech się Pan nie ogranicza do powszechnie i dawno już shejtownych rzeczy(wistości). No i za dużo u Pana poprawności politycznej, żeby nie rzec: ‚asekuranctwa’. Śmiało! Ma Pan na koncie pierwszą publikację – jest dobra, i rokuje. Zatem, do dzieła!