Wiosenny wkurw na szkołę…

Jak zostałam matką, obiecałam sobie, że nie zajmę stanowiska w konfliktach na polu rodzic-uczeń-nauczyciel… Obiecywałam sobie to, bo mocno solidaryzuję się z nauczycielami, i, mimo, że już nie pracuję w szkole, nadal szkoła jest mi bliska – jest chyba po prostu moim środowiskiem naturalnym 😉

Moje dziecko jest już w 4 klasie, a więc… długo się powstrzymywałam. Dłużej już nie mogę patrzeć, jak idzie to w jakimś chorym kierunku. Obserwuję, pytam, czytam, rozmawiam, udzielam się… I coraz mocniej się najeżam. Na system, na belfrów, na rodziców. Tylko dzieci będą dla mnie zawsze na pozycji chronionej i nie mam dzieciakom nic do zarzucenia.

Po pierwsze: nie zgadzam się z tym, że młodzi ludzie są leniwi, egoistyczni, że tylko patrzą w smartfony…

Młodzi ludzie są wspaniali! Czytaj dalej

Reklamy

Pięść, Skowyt oraz Głodujące Psy

Całymi dniami wisisz

nad laptopem

w potrzasku pomiędzy

krzesłem a biurkiem

jest cię tyle, ile

przestrzeni między nimi

Przyznam, że kiedy otrzymuję propozycje ocenienia wierszy kolegów, okołorodzinnych znajomków, uczniów, dzieci i wnuki moich znajomych… z góry mnie jakoś mdli.

Mam bardzo złe doświadczenia z poezją współczesną. Zawsze mówię w takich sytuacjach, że wspaniale, że pisz dalej, ale rzadko robię to z przekonania, najczęściej, kiedy ktoś mnie prosi o wyrażenie swojego zdania na temat jego poezji… uciekam!

Tym razem nie wycofałam się, zerknęłam na bloga pana Mateusza Skrzyńskiego i zupełnie bez przykrości poczytałam sobie młode, nowe, świeże, inne teksty.

Dostałam debiutancki tomik wierszy „Pięść, Skowyt oraz Głodujące Psy” już jakiś czas temu, ale dopiero teraz zbieram się, żeby Wam o nim opowiedzieć.

Czytając pierwsze utwory, uznałam, że nie jest to poezja, a raczej proza poetycka. Wiersze są fabularne, jak opowiadania, relacje, a ich język jest poetycki, nasycony środkami stylistycznymi, no i mają układ wersowy.

Bardzo krótko:

współczesny

gorzki

ciekawy

mocny 

prawdziwy

prosty

…ale brakuje mi czegoś. Jest poprawny, jest interesujący, miejscami nawet intrygujący, ale mam wrażenie, że Autor się hamuje, sili się na poprawność, sili się też, żeby zawrzeć w swoich wierszach całą zawartość ciemnych uliczek, starych bram, ślepych zaułków i podejrzanych dzielnic… nie wykrzykuje wszystkiego. Brakuje mi pozytywnej strony świata. Kiedy skończyłam cały tomik (nieco ponad 100 stron) odniosłam wrażenie, że właśnie byłam świadkiem zstąpienia podmiotu lirycznego na ziemię, poznania jej od najgorszej strony, izolowania się od wszystkiego, co dotyczy ludzi (bo świat ludzi jest tani, brzydki i zły), i skwitowania tego:

to nie moja bajka

Podmiot liryczny niczym się nie cieszy… ma w zasięgu ręki: gołe cycki, szerokie dupy, wyjące psy, pijaków, schizofreników, jakiś sex, jakaś ukochana się nawet kręci – a nic go nie cieszy, z niczego się nie cieszy, ale też niczego nie krytykuje i niczego nie zmienia. Taki podmiot liryczny, co działa mi na nerwy, łazi, komentuje, narzeka i nic nie robi 😉

Cuchnie to

tanią nieprawdą

No i zadziwiła mnie dedykacja: mojej żonie.

Całe bagno ubóstwa, nałogów, głupoty, chorób, prostactwa – zadedykował Autor swojej żonie. Przedziwne…

Muszę pochwalić za język. Widać i warsztat i talent (no, jakbym chciała, to bym się przyczepiła, chociażby modnego „posiadam” – posiadam samochód – bardzo pretensjonalny wyraz, dużo lepszy byłby czasownik „mieć”).

Ta poezja robi wrażenie i jest dobra.

 

Panie Mateuszu,

z przyjemnością przeczytałam tomik i trzymam mocno kciuki za dalsze projekty. Jestem bardzo ciekawa, jak Pan się rozwinie. Proszę przyjąć życzenia powodzenia i małą radę: puenta i koncept – to może stare sztuczki, ale nadal stanowią o wartości wiersza, decydują o wrażeniu, jakie utwór pozostawi po sobie. Sam sarkazm na niewiele zda się, jak Pan wyraźnie nie zakończy myśli.

PS

Proszę napisać żonie coś pięknego i wzruszającego, a pięści, skowyty i zdychającą z głodu zwierzynę – zadedykować złośliwemu sąsiadowi 😉

20180222_173331

Z czystym sumieniem polecam bloga Mateusza Skrzyńskiego

https://mateuszskrzynski.wordpress.com

ŚWINIA RYJE W SIECI, czyli z pamiętnika hejtera

20170721_161238_Film1

Wyobraźcie sobie: środek lata, w biurze 35 stopni i brak tlenu, biurko zawalone teczkami, harmonogram uginający się od dedlajnów… Tak oto Potłuczona szykuje się do urlopu. Ale Potłuczona nie jest normalna (bo się potłukła jakiś czas temu i po sklejeniu zostało trochę niedoróbek), więc na propozycję narzeczonego „Jedźmy na plażę pić drinki z parasolką”, odpowiada: „Zróbmy remont”.

W ciągu dwóch dni w moim mieszkaniu powstała wytwórnia gruzu, a ja spakowałam trzy pary gatek i wylądowałam u mamusi, w małym miasteczku, na zielonej łące za domem, w gumowcach i bikini (jedyny słuszny ubiór w sytuacji stąpania po podmokłych terenach przy zażywaniu kąpieli słonecznych).

 

Dziękuję Ci, PigOut!

W takich okolicznościach przyrody wzięłam do ręki nową publikację wydawnictwa EDIPRESSE. Nie mogło mi się na ten moment przydarzyć nić fajniejszego. Książka nie dość, że podniosła mnie na duchu, rozbawiła, to jeszcze dodała otuchy, że nie tylko ja jestem potłuczona.

Autorem książki „Świnia ryje w sieci, czyli z pamiętnika hejtera” jest twórca bloga PigOut. Śledzę od jakiegoś czasu, a i fanpejdż na fejsbuku z wielką przyjemnością polubiłam (choć nie polubiam tak ochoczo wszystkiego, co polecane i uczęszczane).  Nazwiska Autora nie ma co szukać – ani na okładce, ani na stronie tytułowej, ani nawet na stronie redakcyjnej. Pisze się tu pod pseudonimem blogowym.

Zastanawiałam się, jak skomponować recenzję takiej książki. I doszłam do wniosku, że ta publikacja nie jest typowa, więc i od recenzji nie oczekujcie przypadkiem odpowiedzi na pytanie „A o czym to?”.

Mogę Wam napisać „co to” – to zbiór tekstów, podzielony na cztery części:

„Świnia ryje w sieci” – o mediach, durnowatej modzie, śmiesznym marketingu, kinie, muzyce, wydarzeniach kulturalnych – słowem popkultura.

„Świnia na czerwonym dywanie” – czyli taki poradnik, jak nie zrobić kariery, ewentualnie jak ją zrobić i przepuścić na pierdoły.

„Świnia we własnym korytku” –  autoironiczne historie z życia.

„Świnia w podróży” – bardzo zabawne i luźne podejście do gatunku „reportaż z podróży”.

 

Blog PigOuta znajdziecie tu: http://www.pigout.pl

Informacja z fanpejdża na fejsbuku:

Głodny, zły i brzydki. Miłośnik trzypiętrowych burgerów, fan popkultury, entuzjasta podróży i kontestator rzeczywistości. Hejter, ale z klasą.

Takie tam darcie łacha z polityków, celebrytów, hipsterów i samego siebie. Popkultura, bieżące wydarzenia, selfiaki z burgerami i lifestajl dla leniwych, jednym słowem PigOut.

Trochę skromnie, bo na blogu nie przeczytamy o tym, jak fajnie siedzi się na kanapie i wcina burgery, czy też o tym, jakie majty Doda albo inna Cichopkowa założyła na bal charytatywny ratujący niedźwiedzie polarne na Saharze. Blog jest całkiem ciekawy. Są informacje o tym, gdzie dobrze zjeść, gdzie pojechać, co warto zobaczyć w kinie, jest sporo felietonów – wszystko w krótkiej, zjadliwej, humorystycznej oprawie, bez napinki. Ot, po prostu – wyrażenie swojej opinii.

Dość wspomnieć, że fp na fb ma ponad 17 tysięcy fanów! A czemu? Bo PigOut jest sympatyczny, zwyczajnie – jest sympatyczny! Pisze sobie (zresztą fajnie sobie pisze, bez zarzutu – matką polonistką się chwali kilkakrotnie, zatem docenia jej starania, za co ma u mnie duży plus – z wiadomych powodów. Może mój syn też kiedyś popełni jakieś dzieło i wspomni w nim o mamie polonistce 😉 ) o swoich odczuciach, o swoich spostrzeżeniach, wyraża swoją opinię – i nigdy nie traktuje tego, co pisze, jako jedynie słusznego poglądu i prawdy ostatecznej, nie przemyca w swoich tekstach sugestii, że jak ktoś myśli inaczej od niego – to głupek i niedouk.

„Świnia ryje w sieci” to teksty podobne do tych, jakie publikuje na blogu – krótkie, treściwe, zabarwione humorem (niejednokrotnie czarnym).

Czytało mi się naprawdę fajnie, zwłaszcza, że mój sposób myślenia idzie często w podobną stronę i podobne wyciągam wnioski, obserwując ten niewielki fragment świata, jaki jest mi dany.

Czytało mi się fajnie od początku, ale na 44. stronie postanowiłam podjąć już decyzję, czy czytam dalej (nie kończę gniotów – szkoda mi na to życia).

Coache i mówcy motywacyjni. Zdecydowanie największy fejsbukowy nowotwór. Nawet matki Brajanka nie spieprzą ci tak skutecznie dnia, jak coache. (…) Później jeszcze bezczelnie każe ci wyjść ze strefy komfortu. Raz wyszedłem, nie podobało mi się.

„Mój człowiek” – pomyślałam (i pomyślałam tak jeszcze wiele razy, czytając te wolne myśli) i czytałam dalej do jakiejś 2 w nocy (w myśl mojej stałej zasady „Jeszcze tylko jeden rozdział” – łyknęłam całą, a rano było mi przykro, że się skończyło).

PigOut pisze nie tylko o tym, co wkurza go w necie. Pisze, co sprawia, że szlak go trafia na co dzień: w pracy w korpo, w wielkim mieście i wielkich mieszczuchach. Nie oszczędza samego siebie – ze szczerością dziecięcia opisuje wtopy, których był głównym bohaterem (niektóre ciekawsze, inne nieco mniej).

Dziwi mnie co prawda, dlaczego Autor zechciał nazwać siebie hejterem. Ja jestem daleka od takiej oceny PigOuta. Powiedziałabym raczej, że hejt częściej kieruje w samego siebie niż w innych.

Książka nie stanie u mnie na półce wespół z wybitnymi dziełami. Stanie sobie chwilowo w ‘lekkich aktualnościach’, dopóki nie znajdę dla niej lepszego lokum.

Jeśli macie dystans, lubicie ironię, umiecie śmiać się z siebie i chcecie przeczytać coś prostego, bardzo aktualnego, to ta książka jest dla Was. Gwarantuję, że – tak jak ja – często będziecie powtarzać w trakcie lektury: „Mój człowiek!”.

Ale nie byłabym sobą, jakbym się nie przypieprzyła.

Widać pośpiech: w pisaniu, w redagowaniu i w korekcie. Kilka pierdoletek edytorskich, redaktorskich zaniedbań – ok, ale mocno ukłuł mnie w oko brak konsekwencji w pisowni, może komuś to nie przeszkadza, ale mnie – niestety tak. Nie rozumiem na przykład, dlaczego Autor (redaktor, korektor) nie zdecydował się na jedną formę zapisu wulgaryzmów. Raz mamy jakieś wykropkowanie, innym razem wali mięchem bez zastanowienia, czasem – wali z zastanowieniem i wtedy przeprasza zanim walnie. Podobnie jest ze spolszczeniami. Ja osobiście uwielbiam spolszczać pisownię, odmianę – ułatwiam sobie życie. Tu mam do czynienia z różnymi formami – spolszczonymi, pisanymi oryginalnie, używaniem potocznych określeń albo oficjalnych nazw. Rozumiem, że to wiele tekstów w jednej książce – ale na tym zdaje się polega zadanie redaktora, aby to umiejętnie sklecić w jedną publikację.

Ale duży plus za: nowe teksty, niepublikowane na blogu! Autor nie poszedł na łatwiznę i NAPISAŁ KSIĄŻKĘ, a nie wydał to, co już kiedyś popełnił – a to wielka różnica. Za to właśnie – wybaczam powyżej wspomniane błędy.

Panie PigOucie, proponuję jednak nieco bardziej zaszaleć z tym hejtem, skoro się Pan hejterem ogłosił, z krytyką Panu całkiem do twarzy, niech się Pan nie ogranicza do powszechnie i dawno już shejtownych rzeczy(wistości). No i za dużo u Pana poprawności politycznej, żeby nie rzec: ‚asekuranctwa’. Śmiało! Ma Pan na koncie pierwszą publikację – jest dobra, i rokuje. Zatem, do dzieła!

 

ŚWIĄTECZNE PIERNICZKI

15-kopia

Taki obrazek wyniosłam z rodzinnego domu. Nie – czyste okna i błyszczące podłogi, tylko właśnie ten cudowny harmider i bałagan! Do domu moich rodziców zawsze zjeżdżała się rodzina i to właśnie u nas odbywały się dzikie harce dzieciaków, to u nas mamy biegały, krzyczały, zamiatały, kroiły, gotowały, a tatowie wieszali gałązki choinki u sufitu, czynili ostatnie przygotowania podwórkowe, dokładali drew do pieca, przy okazji kosztując sobie naleweczek, tak dla rozgrzewki 😉

I wszyscy byli zmęczeni, i słychać były wrzaski dzieciaków, i mama zawsze była przekonana, że u „innych” to już wszystko leży przygotowane na stole, że u „innych” to dzieci mają czyste łapki i siedzą w białych sukieneczkach bez słowa, że u „innych” to na sto procent wszystkie okna umyte i nawet płytki w kuchni lśnią, a u nas znowu zamieszanie, urwanie głowy, a  ciasta na pewno nam się nie udały, a ryba na bank będzie za słona 😉

Ale wszystko cichło, kiedy braliśmy do rąk opłatki…

Takie wspomnienia zachowałam z domu rodziców i takie chcę przekazać mojemu synowi.

Tym razem do drużyny dołączyła jeszcze moja chrześnica i córeczka mojego partnera! Przez chwilę poczułam się jak w domu!

Zdjęcia wykonała dla nas cudowna Patrycja Anna Mikołajczyk. Zapraszam Was serdecznie do polubienia jej fanpage’a  https://www.facebook.com/patrycjamphotography/?fref=ts

Takiego zmęczenia i bałaganu życzę Wam, moi drodzy na nadchodzące święta 🙂

Przepis

(na 50-60 pierniczków w zależności od wielkości foremki)

  • 400 g mąki pszennej tortowej
  • 2 duże jajka (do ciasta: 1 jajko i 1 żółtko, 1 białko zostawiamy do smarowania ciasteczek)
  • 130 g cukru pudru
  • 100 g masła
  • 2-3 łyżki miodu
  • 1 łyżka przyprawy do piernika
  • 1 łyżka kakao
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej

Wszystkie składniki wysypać na stolnicę, drobniutko posiekać i zagnieść ciasto (można sobie ułatwić i zrobić to w misce, używając miksera i mieszadełek do ciasta drożdżowego).

Ciasto rozwałkować, podsypując nieco mąką, na grubość ok. pół centymetra.

Teraz czas na oddanie dzieciom – rozwałkowanego na grubość pół centymetra – ciasta i dostarczenie ulubionych foremek.

Białko (pozostałe z ciasta) roztrzepujemy mieszadełkami (albo po prostu widelcem) i smarujemy nim ciasteczka za pomocą silikonowego pędzelka.

Wycięte kształtu układamy na blaszce wysmarowanej tłuszczem i pieczemy po 15 minut w 180 st. C.

Po wystygnięciu ciasteczek pozostaje wyciągnąć zapasy: lukrów, polewy, dekoracji, opłatków, posypek, drażetek, pisaków lukrowych i… uzbroić się w cierpliwość.

Rady!

  1. Główna rada: cierpliwości! Nie rzucaj się ze ścierką na każdą plamkę cukru, polewy itd. Skończ robotę, dzieci wraz ubraniem wrzuć do pralki, nastaw na wirowanie, a sama połóż się w wannie i zmyj z siebie lukier 😉
  2. A tak na serio: pierniczki powinny sobie długo poleżeć, można je zrobić nawet kilka tygodni przed świętami. Zamknij je w szczelnej puszcze. Możesz dodać gruby plaster jabłka (bez skóry) na kilka dni przed planowanym otwarciem – będą mięciutkie 🙂

Dobrej zabawy!

ŚWIEŻAKI, ŚWIErzAKI, ŚWIEszAKI – I… GŁUPIE MATKI

1397273_611919045527661_1824532746_o

MAM NA SERIO DOŚĆ!

W kolejce przy kasie w ‚Biedrze’ Pani kilkanaście minut dyskutowała z kasjerką, a potem z kierowniczką, bo otrzymała za mało naklejek, aby następnie za te naklejki nabyć drogą wymiany maskotkę przedstawiającą owoc/warzywo!
Nie przerwała swoich roszczeń, mimo, że wyciągnęłam 8 swoich naklejek (które otrzymywałam za zakupy i chowałam, z myślą, że kiedyś się komuś dorzucę) i jej dałam w prezencie!
Na fb DOROSŁE (zdawałoby się) kobiety wydzierają sobie jedna przez drugą naklejki sklepowe, a nawet nabywają je drogą kupna lub wymiany (np. za czekolady, albo chusteczki do dupeczki!).
I zastanawiam się, o co to całe szaleństwo.

„Moja córcia bardzo chce Brokuła Bartka, a nie ma go już w sklepie na naszym osiedlu…” – i kobieta wsiada w autobus i pędzi na drugi koniec miasta, bo jakaś inna mamusia dała jej cynk, że tam jeszcze pod stertą puszek tuńczyka jakiś zielony Brokuł Bartek wystawał – sztuk raz.

LITOŚCI…

Powiedzcie mi, jaka dorosła, logicznie myśląca osoba, daje się wciągnąć w marketingową paranoję sieci sklepów?
Dzieci zawsze będą głównymi ofiarami takich nieuczciwych działań, ale dorośli chyba powinni mieć nieco więcej oleju w głowie…

Kobieto-matko! Jeśli masz pieniądze, aby nabywać naklejki, robić zakupy i chcesz uszczęśliwić swoje dziecko maskotką – KUPŻE NA BOGA TEGO BRZYDALA (koszt 50 zł). Jeśli nie masz pieniędzy – tym bardziej powinnaś uodparniać swoje dziecko na chwyty marketingowe i olać świeżaki itp. paranoje!

Mam dość, jeszcze raz zobaczę post o kupowaniu naklejek pt. świeżaki (tudzież świerzaki, a nawet świeSZaki) i zwymiotuję.
Błagam, pozwólcie mi pojąć, kto sprzedaje naklejki, które otrzymał w sklepie bezpłatnie! I kto je kupuje za pieniądze, albo prezenty, skoro można je zdobyć, robiąc zakupy potrzebne do domu!?
Kto biega za maleńkimi naklejkami – godzinami, dniami, tygodniami stara się za wszelką cenę zdobyć jak najwięcej naklejek po to, aby zdobyć maskotkę, która za parę tygodni (jak minie irracjonalna moda na maskotkę owocowo-warzywną) wylądują na szafie w dziecięcym pokoju.

Kobieto-matko, jeśli naprawdę dałaś się przekonać, że te maskotki mają namówić dziecko do jedzenia warzyw/owoców, to zastanów się, czy chciałabyś jeść swojego przyjaciela, który się do ciebie uśmiecha!

Chcesz, żeby dziecko jadło warzywa/owoce – kup je! Świeże (a nie świeRZE jak co niektórzy myślą) i zróbcie wspólnie sałatkę, deser, ciastko, kukiełki – cokolwiek! Pokaż dziecku, jak warzywa smakują, jak można je przyrządzić. Ile pozytywnych emocji ‚wyczarujesz’ przy tym zajęciu- tyle dziecko odczuje! I tyle będzie odczuwało, kiedy będzie zajadało brokuła, który nie ma imienia, oczu i buźki!
Jestem naprawdę zszokowana tą głupotą – bo to jest głupota i nie można tego nazwać inaczej.

Świętokrzyskie z dzieckiem – GRÓD Pędzików

Żywa lekcja historii…

20160830_123405

Gospodarstwo Agroturystyczne „Gród” 

Siedlce 31 a

26-060 Chęciny

woj. świętokrzyskie

tel. 608 141 178; 791 517 066

„Gród” jest własnością państwa Pędzików – pana Andrzeja, który jest absolutnie sprawcą całego zamieszania, pasjonatem starości i stolarzem-artystą – i jego żony, która dzielnie znosi pasje i zamiłowania męża, a przy tym – w sposób tylko dla białogłowy pojęty – cudownie go wspiera!

Samo miejsce urzekło mnie od wejścia (a nawet jeszcze przed wejściem). Jest to tak spokojny, melancholijny zakątek, że chce się tam zostać jak najdłużej (ja z grupą koleżanek i dzieciakami aż nadużyłyśmy uprzejmości gospodarzy – bo zasiedziałyśmy się tam wiele godzin).

To cofnijmy się o prawie… powiedzmy… jedyne… pięćset, może osiemset lat! To będzie piękna przygoda!

Kuźnia

20160830_12255520160830_12431620160830_12524520160830_125318

Początek zwiedzania stanowi średniowieczna kuźnia z bogatą ekspozycją broni i nie tylko – tu usłyszymy legendę św. Maurycego (bo zobaczymy replikę jego włóczni), usłyszymy historie wojenne polskich królów, zobaczymy, co nosili i czym bronili się rycerze. Tu wreszcie, możemy dotknąć, a nawet spróbować dźwigać ciężkie topory i miecze, przymierzyć hełm, koronę, a na koniec – usłyszeć opowieść o skomplikowanym biciu monet, zobaczyć na żywo ich powstawanie i otrzymać jedną na szczęście 🙂

Obóz Rycerski

20160830_14203220160830_11293320160830_113117

Obóz został zbudowany tak, by przypominał ten, który rycerze rozbijali podczas wypraw wojennych. Znajdują się tam skrzynie, łoża przykryte skórami, a nawet garnki – prawdziwe obozowisko wojaków!

Zamek z wieżą obronną

20160830_113146

Tu można odpocząć. Klimatyczna altana z ławeczkami daje swobodne miejsce do biesiadowania. Przed zamkiem jest wydzielone miejsce na ognisko/grill, z którego radzę skorzystać, bo strawa w takim otoczeniu – smakuje wybornie!

20160830_105117

W „Grodzie” znajdziemy mnóstwo malowniczych zakątków – można się rozglądać i podziwiać i ciągle odkrywa się kolejne ciekawe szczegóły obejścia: piec chlebowy, wędzarnia, staw, kamienny grill, a to w otoczeniu armat, katapult, rzeźb…

Nie sposób wszystkiego sfotografować i opowiedzieć.

Państwo Pędzikowie przygotowani są na gości nocujących, imprezujących do rana 😉

W specjalnie urządzonych komnatach: myśliwego, rycerza, damy dworu (tu uwaga – pas cnoty wisi na ścianie 😉 )… – znajduje się 16 miejsc noclegowych. Można również zaszaleć i zanocować w namiotach rycerskich (tu gospodarze przygotowani są na przyjęcia nawet 50 osób). Alby goście nie musieli kopać latryn i mogli jednak poczuć komfort XXI wieku – przygotowany jest specjalny domek – mający wszystkie wygody cywilizacji – ot, łazienka po prostu 😉

Jest również domek z zapleczem kuchennym!

Wszystko bez wyjątku urządzone jest po prostu urokliwie, z największą precyzją i starannością, a przede wszystkim – w całym obiekcie jest perfekcyjnie czysto!

Z pełną świadomością mówię i powtarzam – to na pewno nie był nasz ostatni raz w „Grodzie” państwa Pędzików! Bardzo polecam Wam to miejsce!

Myślę, że to idealne miejsce na wypad rodzinny, ale znakomity pomysł na szkolna wycieczkę. W ramach lekcji edukacyjnych, gospodarze oferują:

  • pokazy kowalstwa
  • pokaz bicia monet
  • wykład o historii oręża
  • wykład z dziedziny heraldyki związanej z rozwojem, funkcjonowaniem i opisywaniem herbów
  • pokaz strzelania z armat, katapult, łuków.

RADY i PRZESTROGI

PRZEDZIAŁ WIEKOWY: Miejsce spokojnie nada się na rodzinny wypad z dziećmi w każdym wieku, a państwo Pędzikowie każdego ugoszczą odpowiednio do wieku. Zmieści się tam swobodnie całe małe przedszkole dzieciaków! Wtedy można połączyć lekcję historii z zabawą w plenerze i pieczeniem kiełbaski.

TOALETY: opisana wyżej łazienka

PŁATNOŚĆ: Bilet wstępu – dorosły – 8 zł; dzieci  6 zł (nie ma możliwości płatności kartą, a w pobliżu nie ma bankomatów! Proszę się uzbroić w złotówki!)

DOJAZD: ok. 30 km od Kielc – kierunek Chęciny, Tokarnia, Siedlce 🙂  Można oczywiście spokojne dojechać busem (przystanek 3 minutki pieszo od Grodu) – z mojego rozeznania wynika, że z Kielc kursuje tam bus Spider.

STOPIEŃ UMĘCZENIA PORTFELA: niemal żaden… Bilet i ewentualnie wybicie monety – w cenie 5 zł.

STOPIEŃ UMĘCZENIA RODZICA: małe dzieci mogą mieć chęć na zwiedzenie stawu (dogłębne), albo zranienie się bronią – trzeba pilnować; starsze dzieci – są zajęte i urzeczone, więc dla rodzica just relax!

JEDZONKO: w pobliżu nie ma żadnego sklepu, baru – pola, wioski, lasy! Należy się uzbroić w jedzonko, można poprosić właścicieli o przygotowanie ogniska lub wypiek chleba (zorganizowane grupy)

PARKING: z pewnych źródeł wiem, że na parkingu zacumuje nawet ponad 30 aut 🙂

ŚWIĘTOKRZYSKIE Z DZIECKIEM – ZAMEK KRZYŻTOPÓR W UJEŹDZIE

Ruiny zamku Krzyżtopór w Ujeździe to miejsce, gdzie można zwiedzać, odpoczywać, wzdychać i nastrajać się romantycznie, albo zwyczajnie powędrować 🙂

Historia

Ziemie, na których zamek został zbudowany w XII wieku należały do klasztoru cystersów, potem (ok. XV wieku) stały się własnością Olesińskich, potem (ok. XVII wieku) – Ossolińskich. I to właśnie Krzysztof Ossoliński- dworzanin i poseł królewski, dowódca oddziału przeciw Turkom i Tatarom,  wojewoda sandomierski, a ponadto pisarz i tłumacz – postanowił zbudować na tych ziemiach zamek. Powstawał on w kilku fazach, najprawdopodobniej w latach 1621-1644. Nazwę otrzymał oczywiście od rodu Ossilińskich – herbu TOPÓR!

Niestety – Krzysztof Ossoliński (syn) zginął w bitwie pod Zborowem (cudowny, złoty wiek wojen Rzeczpospolitej!) i majątek został przekazany rodzinie Kalinowskich.

Podczas potopu szwedzkiego mury zamku nie ucierpiały, ale niestety została skradziona cała, wyjątkowo pokaźna biblioteka zgromadzona przez ród Ossolińskich i oczywiście przebogate wyposażenie wnętrz.

Zamek popadł w ruinę, kiedy przeszedł w ręce Jana Micha Paca. Był on marszałkiem konfederacji barskiej i po upadku tego stronnictwa musiał emigrować do Francji. W skutek walk i opuszczenia – zamek popadał w ruinę. Kolejni właściciele traktowali go już jako romantyczne ruiny.

Obecnie

Po II wojnie światowej Krzyżtopór stał się własnością  Skarbu Państwa, a od 1991 r. obiekt z wyznaczonymi szlakami udostępniono turystom. Na stronie oficjalnej zamku czytamy: „Od 2007 r. opiekę nad zamkiem sprawuje Urząd Gminy w Iwaniskach. Teraz już każdy turysta może zapoznać się z dziejami i wielkością rodu Ossolińskich, fantastycznym bogactwem magnaterii polskiej oraz potęgą i wielkością XVII -wiecznej Polski”

Do zamku warto się wybrać, kiedy jest ładna pogoda. Obiekt jest duży, ciekawy, piękny!

Każda jego cześć ma w sobie jakąś historię, widać to i czuć. Warto zwiedzić i lochy (przez które miał prowadzić tajny szlak – droga ucieczki przed ewentualnym najazdem), sale balowe i dziedziniec (na którym dziś często odbywają się pokazy musztry wojskowej, albo obyczajów dworskich).

Miejsce, choć ogromne – należy do spokojnych i nostalgicznych. Jak lubicie fundować sobie podróże w czasie – bardzo polecam to miejsce!

RADY I PRZESTROGI

Polecam wycieczkę do Ujazdu w ciepły dzień, zwiedzanie może potrwać ze 2 godziny. Ale warto pozostać tam dłużej – piękne tereny wokół zamku warte są zlezienia wzdłuż i wszerz 😉 Zamiast stołować się w barze – można zabrać ze sobą koszyk piknikowy i zjeść na świeżym powietrzu!

TOALETY: są!

PŁATNOŚĆ: (podaję za oficjalną stroną zamku http://www.krzyztopor.org.pl )

Ceny biletów wstępu w sezonie turystycznym:
Bilet normalny – 10 zł/os
Bilet ulgowy* – 7 zł/os
Bilet normalny dla grup zorganizowanych powyżej 20 osób – 8 zł/os
Bilet ulgowy* dla grup zorganizowanych powyżej 20 osób – 6 zł/os
Bilet ulgowy** (dla posiadaczy karty dużej rodziny) – 5 zł/os

Istnieją oczywiście pakiety edukacyjne i zajęcia dla grup zorganizowanych. Bardzo atrakcyjnym pomysłem wydaje się możliwość zwiedzania zamku w nocy

Nocne zwiedzanie zamku Krzyżtopór:
odbywać się będzie od kwietnia 2016 r. do końca października 2016r. w każdą drugą oraz ostatnią sobotę miesiąca poprzedzone wcześniejszą rezerwacją: telefoniczną, pocztową lub elektroniczną w celu zebrania szacunkowej grupy zwiedzających w godzinach:
od 01 kwietnia do 31 sierpnia w godzinach 22.00 – 24.00
od 01 września do 31 października w godzinach 21.00 – 23.00
Bilet STANDARD
(usługa przewodnika, iluminacja świetlna zamku)
25 zł/os (oferta dla min 5 osób)
Bilet PREMIUM
(usługa przewodnika, iluminacja świetlna zamku, zwiedzanie z pochodniami, pokaz pojedynku w wykonaniu członków Bractwa Rycerskiego na zamkowym dziedzińcu, dla chętnych nauka tańca dworskiego poprowadzona przez szlachecką parę, spotkanie z duchem Białej Damy)
35 zł/os (oferta dla min 30 osób)

JEDZONKO: bar w podziemiach

STOPIEŃ UMĘCZENIA RODZICA: może 3-4 (trochę chodzenia po nierównościach i kilka niebezpieczeństw na drodze – trzeba mieć pociechę cały czas na oku, a najlepiej przyklejoną do siebie 🙂 ).

STOPIEŃ UMĘCZENIA PORTFELA:
poza biletem i obiadem – nie ma wielu pułapek finansowych – kilka straganów z pierdołami przed wejściem.

DOJAZD:

samochodem z Kielc to około godzina drogi przez: Radlin, Górno, Skorzeszyce, Łagów, Baćkowice (gdzie były kiedyś głośne koncerty disco polo), Wzory Iwaniska… Ujazd!