(przed)Wakacyjne westchnienie

Pakowanie się na wycieczkę szkolną, wypisywanie świadectw, wystawianie ocen, promowanie, niepromowanie, dokumentacja…

Postanowiłam się oderwać od tych przykrych myśli i zająć głowę zbliżającymi się wakacjami. Kupię strój kąpielowy, bikini, kostium…, czy cotamkolwiek, żeby słońce miało możliwość muskać moją skórę swoimi promieniami, podczas gdy ja będę zażywała relaksu fizyczno-duchowego.

Klik…

Wyszukiwarka: ‚stroje plażowe’… wyszukiwarka podpowiada: ‚…wyszczuplające’ albo ‚…dla puszystych’. Mogłaby to ładniej określić, np. ‚stroje plażowe na megakobiecą sylwetkę’, ale w zasadzie wyszukiwarka wie, co mówi.

62061416_484446698966374_4553313482979672064_n

Klik…

Pierwszy strój kąpielowy ‚dla puszystych’ prezentuje pani modelka xxxxxxS, aż takiego wyszczuplenia nie chcę, więc kolejne zdjęcie.

64227806_2306475699567760_2094900616798142464_n

Klik…

Piękny kostium, słuszne kształty, wstyd zasłonięty, nawet ja nie popsuję nikomu wrażeń estetycznych w tym cudzie,

klik… 1760 zł….

k****a!!!

62034972_1065573900305808_2420644607407685632_n

KLIK…

Wracam do obowiązków. Później zdecyduję, czy kupię bikini od tej pani, której ciało mówi, że już dawno pożegnało się z życiem, czy zainwestuję swoją całą pensję w strój kąpielowy (który to wydatek sprawi, że nie będę miała za co jeść, więc w zasadzie do urlopu będę laska – skuteczność wyszczuplania gwarantowana!).

Klik

 

PS

W takich chwilach jeszcze mocniej kocham góry! ❤

PS 2

Rysowało moje osobiste dziecię 😉

Reklamy

Strajk okiem rodzico-nauczyciela

 

25.04.2019 rok – Prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego ogłasza zawieszenie, trwającego od niemal 3 tygodni, strajku nauczycieli.

8 kwietnia, po wielomiesięcznych dyskusjach i protestach (dotyczących wprowadzonej w 2017 roku reformy oświatowej), nauczyciele zdecydowali się rozpocząć oficjalny strajk. Przez wiele miesięcy padały pytania o to, jak podejdą do tego dyrektorzy, jak ustosunkują się placówki w małych miejscowościach, w których każdy się zna, jak zareagują rodzice uczniów, jak poradzić sobie bez pensji…

Przygotowani na falę hejtu i raczej niewielkie wsparcie nauczyciele decydują się na desperacki krok – przestają pracować w dniach poprzedzających ważne egzaminy (ósmoklasistów, gimnazjalne i matury).

Czytaj dalej

„Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek” Mary Ann Shaffer i Annie Barrows

20181229_222958

Właśnie to uwielbiam w czytaniu – w każdej książce odkrywam jakiś drobiazg, który skłania do przeczytania następnej pozycji, a tam znów jest coś, co prowadzi do kolejnej. I tak w postępie geometrycznym – bez końca i żadnej innej motywacji prócz czystej przyjemności.

Nie jest to żadna świeżynka! Książka została wydana po raz pierwszy w 2008 roku! Dzięki filmowi The Guernsey Literary and Potato Peel Pie Society (2018) książka, na której podstawie został on nakręcony, zyskała po 10 latach nowe życie . Film uzyskał bardzo pozytywne opinie, a ja sięgnęłam po nowe wydania książki.

„Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek” to powieść epistolarna autorstwa Mary Ann Shaffer – redaktorki, bibliotekarki i sprzedawczyni książek. Postanowiła napisać własną powieść, jednak choroba nowotworowa skutecznie jej w tym przeszkadzała. Mary Ann poprosiła więc swoją siostrzenicę – Annie Barrows (która do tej pory pisała książki dla dzieci) – o pomoc. Dlatego przypisuje się autorstwo im obu. Mary Ann zmarła w 2008 roku, niedługo po wydaniu „Stowarzyszenia…”.

Bohaterką książki jest Juliet Ashton – młoda pisarka z Londynu. Kiedy pewnego dnia dostaje list od nieznajomego w wyspy Guernsey, nawiązuje z nim znajomość korespondencyjną, do której później dołączają inni mieszkańcy tej wyspy, opisując – powstałe w bardzo ciekawych okolicznościach – Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek.

W listach znajdujemy obraz małej wyspy po pięcioletniej okupacji hitlerowskiej, jej mieszkańców, trudne losy i zmaganie się z trudnościami. Żadnych łez, żadnych skarg, trupów, śmierci, złości, żadnych wojennych ohydztw, bo

Małe troski są wymowne. Wielkie milczą.

Czysta ludzka dobroć, małomiasteczkowa poczciwość.

Juliet postanawia pojechać na Guernsey i spotkać się z autorami listów. Największe zainteresowanie wzbudza w niej postać Elizabeth – młodej kobiety, pełnej energii i woli życia, odważnej i bezkompromisowej, która została wywieziona z wyspy przez nazistów. Młoda pisarka będzie chciała za wszelką cenę dowiedzieć się, co się stało z Elizabeth.

Książka o ciężkich czasach, a urzeka swoim spokojem i optymizmem. Bardzo mądra i przywracająca wiarę w człowieka.

Polecam gorąco!

 

DIETA 7-DNIOWA

received_446463862495463

Cały czas ktoś namawia mnie na dietę warzywno-owocową, a ja cały czas się opieram, przywołując zdania rozsądnych dietetyków i lekarzy (i opierając się na moim własnym zdrowym rozsądku) odmawiam, grzecznie tłumacząc, że nie jest to działanie długofalowe, o które mi chodzi.

Koleżanka powiedziała, że taki post to jak łażenie po górach – zawsze w najtrudniejszym momencie wyrzucasz sobie, po co sobie to robisz, i kto cię na to namówił, ale wystarczy, że po wyprawie zdejmiesz buty i weźmiesz prysznic i już planujesz kolejną wyprawę 🙂

Chyba bardziej, żeby sobie udowodnić, że mam rację, spróbowałam sił z dietą 7-dniową, w której 3 dni oparte są wyłącznie na owocach i warzywach. Ugotowałam zupę-krem z kalafiora, papryki zielonej, cebuli, marchwi, selera i pomidorów z puszki (w przepisie były jeszcze kostki rosołowe, ale je pominęłam, bo mi raczej bardziej zaszkodzą, niż pomogą). To ma być ewentualny wstęp do diety dr Dąbrowskiej. Zobaczymy, jak sobie poradzę i wtedy zdecyduję 🙂

Przepis na zupę: 8 marchewek, 6 cebul, seler (korzeń), 2 papryki zielone, 4 ząbki czosnku, 2 puszki pomidorów, 2 kostki drobiowe, 2 kostki wołowe, cały kalafior, zioła do smaku – ugotować w 3 l wody. Można zmielić, ale ja polecam zostawić część niezmieloną, bo w pewnym momencie diety bardzo się pragnie czegoś do zjedzenia, a nie do wypicia.

Zasady są proste: zupa do woli i:
1. dzień – owoce
2. dzień – warzywa
3. dzień – warzywa i owoce
4. dzień – szejk z 1 l mleka i 3 bananów
5. dzień – stek wołowy + pomidory
6. dzień – stek wołowy + dowolne warzywa
7. ryż z warzywami

1. dnia – wszystko ok. Czułam się nieco osłabiona i nie mogłam zasnąć do 2:00 😦 Ale następnego dnia rano na wadze -1,3 kg – więc uznałam, że warto się dalej męczyć.
2. dnia – było ciężko bez owoców, ale dałam radę, wybrałam się do kumpeli na grilla i zeżarłam masę pysznych warzyw grillowanych i przepyszną sałatkę – to był chyba najlepszy dzień diety! Żołądek już się tak nie domagał, ciepłe warzywka z grilla smakowały – miałam przeczucie, że może mi się to jeszcze spodobać.
3. dnia – było chyba najtrudniej. Zasnęłam po południu (co mi się raczej nie przytrafia). Jadłam baardzooo dużo warzyw i owoców – raz pękałam z przejedzenia, za chwilę mnie głód wilczy dopadał. Zupa mnie wnerwiała. Zjadłam jej mało. Po zjedzeniu warzyw albo owoców – miałam charakterystyczny bełkot w brzuchu, wszystko się przelewało, czułam się na zmianę – obżarta, a za moment – potwornie głodna!
4. dnia – koktail z bananów i mleka bardzo mnie pobudził do działania! Zdecydowanie lepiej się czułam. Po zważeniu nieco zrzedła mi mina, bo niecałe 2 kg mnie jedynie ubyło. Zupę doprawiłam innymi ziołami – bo już patrzeć na nią nie mogę!
5. dnia był stek i to myśl o nim trzymała mnie przy życiu. Zupy zjadłam tylko 2 miski, no bo bez jaj… Cały czas nie mogę zasnąć w nocy (męczę się nawet do 01:00) i boli mnie głowa.
6. dnia byłam na wyprawie rowerowej, wypiłam megaśną ilość wody (upał ponad 30st.), zupa tylko rano, w czasie dnia – warzywa surowe, i trafił się baton proteinowy, bo niestety słabo było mi już jak zsiadłam z roweru.
7. dzień – zaczęłam zupą z ogromną nadzieją, że jej za chwilę nie zwrócę. Potem ryż z warzywami. Raczej miałam już mocno dość. Zero motywacji – bo na wadze nieco ponad 2 kg, w pasie -2 cm. Żadna rewelacja.

PODSUMOWANIE
Zalety diety
– szybka utrata wagi
– oczyszczenie organizmu
– dostarczenie witamin
– wyrobienie nawyku jedzenia warzyw i owoców

Wady diety
– osłabienie, kłopoty ze snem (albo senność, albo trudności w zasypianiu – na zmianę)
– monotonia odżywiania
– efekt jojo (już w 6. dniu po steku – waga ruszyła do przodu, w 7. dniu po ryżu +300 g) – jest nie do ominięcia (chyba, że głodujemy dalej)
– wahania nastroju (możecie sobie wyobrazić wyrzuty cukru w 3. dniu diety po zjedzeniu owoców, a za chwilę – dziurę w brzuchu i głód) – od euforii po dół i nerwy

Wad jest zresztą zdecydowanie więcej niż zalet.

Słowem: diety nie polecam! Miałam wobec niej takie podejrzenie i dokładnie się sprawdziły. Tydzień postu, głodu i nerwów, bezsenności, osłabienia i bólu głowy skończyły się bez spektakularnych efektów i z radością wrócę do swojego zdrowego i racjonalnego odżywiania i treningów!

Dieta może się sprawdzić u osób, które o zdrowym żywieniu dawno nie słyszały i potrzebują oczyścić organizm przed wielką walką o zrzucenie 20-30 kg, ale dla osób, które na co dzień dbają o swoje talerze, a mają jakiś 5-kilogramowy nadbagaż – taki post nie ma najmniejszego sensu.

Nie mogę jednak zapomnieć o plusach w postaci nowych przepisów opartych wyłącznie na roślinkach! Niektóre potrawy wyszły super. Podzielę się tymi pomysłami wkrótce 🙂

W prawdzie – na dietę dr Dąbrowskiej się nie zdecyduję, ale od czasu do czasu 2–3-dniowy detoks warzywno-owocowy sobie zafunduję 🙂

A tymczasem – idę zdobywać kolejne szczyty; tym razem – z pełnym żołądkiem 🙂

I niestety, podczas diety, nie odnotowałam u siebie tej satysfakcji, którą odczuwam na szlaku!

Pozdrawiam!

Wiosenny wkurw na szkołę…

Jak zostałam matką, obiecałam sobie, że nie zajmę stanowiska w konfliktach na polu rodzic-uczeń-nauczyciel… Obiecywałam sobie to, bo mocno solidaryzuję się z nauczycielami, i, mimo, że już nie pracuję w szkole, nadal szkoła jest mi bliska – jest chyba po prostu moim środowiskiem naturalnym 😉

Moje dziecko jest już w 4 klasie, a więc… długo się powstrzymywałam. Dłużej już nie mogę patrzeć, jak idzie to w jakimś chorym kierunku. Obserwuję, pytam, czytam, rozmawiam, udzielam się… I coraz mocniej się najeżam. Na system, na belfrów, na rodziców. Tylko dzieci będą dla mnie zawsze na pozycji chronionej i nie mam dzieciakom nic do zarzucenia.

Po pierwsze: nie zgadzam się z tym, że młodzi ludzie są leniwi, egoistyczni, że tylko patrzą w smartfony…

Młodzi ludzie są wspaniali! Czytaj dalej

Pięść, Skowyt oraz Głodujące Psy

Całymi dniami wisisz

nad laptopem

w potrzasku pomiędzy

krzesłem a biurkiem

jest cię tyle, ile

przestrzeni między nimi

Przyznam, że kiedy otrzymuję propozycje ocenienia wierszy kolegów, okołorodzinnych znajomków, uczniów, dzieci i wnuki moich znajomych… z góry mnie jakoś mdli.

Mam bardzo złe doświadczenia z poezją współczesną. Zawsze mówię w takich sytuacjach, że wspaniale, że pisz dalej, ale rzadko robię to z przekonania, najczęściej, kiedy ktoś mnie prosi o wyrażenie swojego zdania na temat jego poezji… uciekam!

Tym razem nie wycofałam się, zerknęłam na bloga pana Mateusza Skrzyńskiego i zupełnie bez przykrości poczytałam sobie młode, nowe, świeże, inne teksty.

Dostałam debiutancki tomik wierszy „Pięść, Skowyt oraz Głodujące Psy” już jakiś czas temu, ale dopiero teraz zbieram się, żeby Wam o nim opowiedzieć.

Czytając pierwsze utwory, uznałam, że nie jest to poezja, a raczej proza poetycka. Wiersze są fabularne, jak opowiadania, relacje, a ich język jest poetycki, nasycony środkami stylistycznymi, no i mają układ wersowy.

Bardzo krótko:

współczesny

gorzki

ciekawy

mocny 

prawdziwy

prosty

…ale brakuje mi czegoś. Jest poprawny, jest interesujący, miejscami nawet intrygujący, ale mam wrażenie, że Autor się hamuje, sili się na poprawność, sili się też, żeby zawrzeć w swoich wierszach całą zawartość ciemnych uliczek, starych bram, ślepych zaułków i podejrzanych dzielnic… nie wykrzykuje wszystkiego. Brakuje mi pozytywnej strony świata. Kiedy skończyłam cały tomik (nieco ponad 100 stron) odniosłam wrażenie, że właśnie byłam świadkiem zstąpienia podmiotu lirycznego na ziemię, poznania jej od najgorszej strony, izolowania się od wszystkiego, co dotyczy ludzi (bo świat ludzi jest tani, brzydki i zły), i skwitowania tego:

to nie moja bajka

Podmiot liryczny niczym się nie cieszy… ma w zasięgu ręki: gołe cycki, szerokie dupy, wyjące psy, pijaków, schizofreników, jakiś sex, jakaś ukochana się nawet kręci – a nic go nie cieszy, z niczego się nie cieszy, ale też niczego nie krytykuje i niczego nie zmienia. Taki podmiot liryczny, co działa mi na nerwy, łazi, komentuje, narzeka i nic nie robi 😉

Cuchnie to

tanią nieprawdą

No i zadziwiła mnie dedykacja: mojej żonie.

Całe bagno ubóstwa, nałogów, głupoty, chorób, prostactwa – zadedykował Autor swojej żonie. Przedziwne…

Muszę pochwalić za język. Widać i warsztat i talent (no, jakbym chciała, to bym się przyczepiła, chociażby modnego „posiadam” – posiadam samochód – bardzo pretensjonalny wyraz, dużo lepszy byłby czasownik „mieć”).

Ta poezja robi wrażenie i jest dobra.

 

Panie Mateuszu,

z przyjemnością przeczytałam tomik i trzymam mocno kciuki za dalsze projekty. Jestem bardzo ciekawa, jak Pan się rozwinie. Proszę przyjąć życzenia powodzenia i małą radę: puenta i koncept – to może stare sztuczki, ale nadal stanowią o wartości wiersza, decydują o wrażeniu, jakie utwór pozostawi po sobie. Sam sarkazm na niewiele zda się, jak Pan wyraźnie nie zakończy myśli.

PS

Proszę napisać żonie coś pięknego i wzruszającego, a pięści, skowyty i zdychającą z głodu zwierzynę – zadedykować złośliwemu sąsiadowi 😉

20180222_173331

Z czystym sumieniem polecam bloga Mateusza Skrzyńskiego

https://mateuszskrzynski.wordpress.com

ŚWINIA RYJE W SIECI, czyli z pamiętnika hejtera

20170721_161238_Film1

Wyobraźcie sobie: środek lata, w biurze 35 stopni i brak tlenu, biurko zawalone teczkami, harmonogram uginający się od dedlajnów… Tak oto Potłuczona szykuje się do urlopu. Ale Potłuczona nie jest normalna (bo się potłukła jakiś czas temu i po sklejeniu zostało trochę niedoróbek), więc na propozycję narzeczonego „Jedźmy na plażę pić drinki z parasolką”, odpowiada: „Zróbmy remont”.

W ciągu dwóch dni w moim mieszkaniu powstała wytwórnia gruzu, a ja spakowałam trzy pary gatek i wylądowałam u mamusi, w małym miasteczku, na zielonej łące za domem, w gumowcach i bikini (jedyny słuszny ubiór w sytuacji stąpania po podmokłych terenach przy zażywaniu kąpieli słonecznych).

 

Dziękuję Ci, PigOut!

W takich okolicznościach przyrody wzięłam do ręki nową publikację wydawnictwa EDIPRESSE. Nie mogło mi się na ten moment przydarzyć nić fajniejszego. Książka nie dość, że podniosła mnie na duchu, rozbawiła, to jeszcze dodała otuchy, że nie tylko ja jestem potłuczona.

Autorem książki „Świnia ryje w sieci, czyli z pamiętnika hejtera” jest twórca bloga PigOut. Śledzę od jakiegoś czasu, a i fanpejdż na fejsbuku z wielką przyjemnością polubiłam (choć nie polubiam tak ochoczo wszystkiego, co polecane i uczęszczane).  Nazwiska Autora nie ma co szukać – ani na okładce, ani na stronie tytułowej, ani nawet na stronie redakcyjnej. Pisze się tu pod pseudonimem blogowym.

Zastanawiałam się, jak skomponować recenzję takiej książki. I doszłam do wniosku, że ta publikacja nie jest typowa, więc i od recenzji nie oczekujcie przypadkiem odpowiedzi na pytanie „A o czym to?”.

Mogę Wam napisać „co to” – to zbiór tekstów, podzielony na cztery części:

„Świnia ryje w sieci” – o mediach, durnowatej modzie, śmiesznym marketingu, kinie, muzyce, wydarzeniach kulturalnych – słowem popkultura.

„Świnia na czerwonym dywanie” – czyli taki poradnik, jak nie zrobić kariery, ewentualnie jak ją zrobić i przepuścić na pierdoły.

„Świnia we własnym korytku” –  autoironiczne historie z życia.

„Świnia w podróży” – bardzo zabawne i luźne podejście do gatunku „reportaż z podróży”.

 

Blog PigOuta znajdziecie tu: http://www.pigout.pl

Informacja z fanpejdża na fejsbuku:

Głodny, zły i brzydki. Miłośnik trzypiętrowych burgerów, fan popkultury, entuzjasta podróży i kontestator rzeczywistości. Hejter, ale z klasą.

Takie tam darcie łacha z polityków, celebrytów, hipsterów i samego siebie. Popkultura, bieżące wydarzenia, selfiaki z burgerami i lifestajl dla leniwych, jednym słowem PigOut.

Trochę skromnie, bo na blogu nie przeczytamy o tym, jak fajnie siedzi się na kanapie i wcina burgery, czy też o tym, jakie majty Doda albo inna Cichopkowa założyła na bal charytatywny ratujący niedźwiedzie polarne na Saharze. Blog jest całkiem ciekawy. Są informacje o tym, gdzie dobrze zjeść, gdzie pojechać, co warto zobaczyć w kinie, jest sporo felietonów – wszystko w krótkiej, zjadliwej, humorystycznej oprawie, bez napinki. Ot, po prostu – wyrażenie swojej opinii.

Dość wspomnieć, że fp na fb ma ponad 17 tysięcy fanów! A czemu? Bo PigOut jest sympatyczny, zwyczajnie – jest sympatyczny! Pisze sobie (zresztą fajnie sobie pisze, bez zarzutu – matką polonistką się chwali kilkakrotnie, zatem docenia jej starania, za co ma u mnie duży plus – z wiadomych powodów. Może mój syn też kiedyś popełni jakieś dzieło i wspomni w nim o mamie polonistce 😉 ) o swoich odczuciach, o swoich spostrzeżeniach, wyraża swoją opinię – i nigdy nie traktuje tego, co pisze, jako jedynie słusznego poglądu i prawdy ostatecznej, nie przemyca w swoich tekstach sugestii, że jak ktoś myśli inaczej od niego – to głupek i niedouk.

„Świnia ryje w sieci” to teksty podobne do tych, jakie publikuje na blogu – krótkie, treściwe, zabarwione humorem (niejednokrotnie czarnym).

Czytało mi się naprawdę fajnie, zwłaszcza, że mój sposób myślenia idzie często w podobną stronę i podobne wyciągam wnioski, obserwując ten niewielki fragment świata, jaki jest mi dany.

Czytało mi się fajnie od początku, ale na 44. stronie postanowiłam podjąć już decyzję, czy czytam dalej (nie kończę gniotów – szkoda mi na to życia).

Coache i mówcy motywacyjni. Zdecydowanie największy fejsbukowy nowotwór. Nawet matki Brajanka nie spieprzą ci tak skutecznie dnia, jak coache. (…) Później jeszcze bezczelnie każe ci wyjść ze strefy komfortu. Raz wyszedłem, nie podobało mi się.

„Mój człowiek” – pomyślałam (i pomyślałam tak jeszcze wiele razy, czytając te wolne myśli) i czytałam dalej do jakiejś 2 w nocy (w myśl mojej stałej zasady „Jeszcze tylko jeden rozdział” – łyknęłam całą, a rano było mi przykro, że się skończyło).

PigOut pisze nie tylko o tym, co wkurza go w necie. Pisze, co sprawia, że szlak go trafia na co dzień: w pracy w korpo, w wielkim mieście i wielkich mieszczuchach. Nie oszczędza samego siebie – ze szczerością dziecięcia opisuje wtopy, których był głównym bohaterem (niektóre ciekawsze, inne nieco mniej).

Dziwi mnie co prawda, dlaczego Autor zechciał nazwać siebie hejterem. Ja jestem daleka od takiej oceny PigOuta. Powiedziałabym raczej, że hejt częściej kieruje w samego siebie niż w innych.

Książka nie stanie u mnie na półce wespół z wybitnymi dziełami. Stanie sobie chwilowo w ‘lekkich aktualnościach’, dopóki nie znajdę dla niej lepszego lokum.

Jeśli macie dystans, lubicie ironię, umiecie śmiać się z siebie i chcecie przeczytać coś prostego, bardzo aktualnego, to ta książka jest dla Was. Gwarantuję, że – tak jak ja – często będziecie powtarzać w trakcie lektury: „Mój człowiek!”.

Ale nie byłabym sobą, jakbym się nie przypieprzyła.

Widać pośpiech: w pisaniu, w redagowaniu i w korekcie. Kilka pierdoletek edytorskich, redaktorskich zaniedbań – ok, ale mocno ukłuł mnie w oko brak konsekwencji w pisowni, może komuś to nie przeszkadza, ale mnie – niestety tak. Nie rozumiem na przykład, dlaczego Autor (redaktor, korektor) nie zdecydował się na jedną formę zapisu wulgaryzmów. Raz mamy jakieś wykropkowanie, innym razem wali mięchem bez zastanowienia, czasem – wali z zastanowieniem i wtedy przeprasza zanim walnie. Podobnie jest ze spolszczeniami. Ja osobiście uwielbiam spolszczać pisownię, odmianę – ułatwiam sobie życie. Tu mam do czynienia z różnymi formami – spolszczonymi, pisanymi oryginalnie, używaniem potocznych określeń albo oficjalnych nazw. Rozumiem, że to wiele tekstów w jednej książce – ale na tym zdaje się polega zadanie redaktora, aby to umiejętnie sklecić w jedną publikację.

Ale duży plus za: nowe teksty, niepublikowane na blogu! Autor nie poszedł na łatwiznę i NAPISAŁ KSIĄŻKĘ, a nie wydał to, co już kiedyś popełnił – a to wielka różnica. Za to właśnie – wybaczam powyżej wspomniane błędy.

Panie PigOucie, proponuję jednak nieco bardziej zaszaleć z tym hejtem, skoro się Pan hejterem ogłosił, z krytyką Panu całkiem do twarzy, niech się Pan nie ogranicza do powszechnie i dawno już shejtownych rzeczy(wistości). No i za dużo u Pana poprawności politycznej, żeby nie rzec: ‚asekuranctwa’. Śmiało! Ma Pan na koncie pierwszą publikację – jest dobra, i rokuje. Zatem, do dzieła!