ŚWINIA RYJE W SIECI, czyli z pamiętnika hejtera

20170721_161238_Film1

Wyobraźcie sobie: środek lata, w biurze 35 stopni i brak tlenu, biurko zawalone teczkami, harmonogram uginający się od dedlajnów… Tak oto Potłuczona szykuje się do urlopu. Ale Potłuczona nie jest normalna (bo się potłukła jakiś czas temu i po sklejeniu zostało trochę niedoróbek), więc na propozycję narzeczonego „Jedźmy na plażę pić drinki z parasolką”, odpowiada: „Zróbmy remont”.

W ciągu dwóch dni w moim mieszkaniu powstała wytwórnia gruzu, a ja spakowałam trzy pary gatek i wylądowałam u mamusi, w małym miasteczku, na zielonej łące za domem, w gumowcach i bikini (jedyny słuszny ubiór w sytuacji stąpania po podmokłych terenach przy zażywaniu kąpieli słonecznych).

 

Dziękuję Ci, PigOut!

W takich okolicznościach przyrody wzięłam do ręki nową publikację wydawnictwa EDIPRESSE. Nie mogło mi się na ten moment przydarzyć nić fajniejszego. Książka nie dość, że podniosła mnie na duchu, rozbawiła, to jeszcze dodała otuchy, że nie tylko ja jestem potłuczona.

Autorem książki „Świnia ryje w sieci, czyli z pamiętnika hejtera” jest twórca bloga PigOut. Śledzę od jakiegoś czasu, a i fanpejdż na fejsbuku z wielką przyjemnością polubiłam (choć nie polubiam tak ochoczo wszystkiego, co polecane i uczęszczane).  Nazwiska Autora nie ma co szukać – ani na okładce, ani na stronie tytułowej, ani nawet na stronie redakcyjnej. Pisze się tu pod pseudonimem blogowym.

Zastanawiałam się, jak skomponować recenzję takiej książki. I doszłam do wniosku, że ta publikacja nie jest typowa, więc i od recenzji nie oczekujcie przypadkiem odpowiedzi na pytanie „A o czym to?”.

Mogę Wam napisać „co to” – to zbiór tekstów, podzielony na cztery części:

„Świnia ryje w sieci” – o mediach, durnowatej modzie, śmiesznym marketingu, kinie, muzyce, wydarzeniach kulturalnych – słowem popkultura.

„Świnia na czerwonym dywanie” – czyli taki poradnik, jak nie zrobić kariery, ewentualnie jak ją zrobić i przepuścić na pierdoły.

„Świnia we własnym korytku” –  autoironiczne historie z życia.

„Świnia w podróży” – bardzo zabawne i luźne podejście do gatunku „reportaż z podróży”.

 

Blog PigOuta znajdziecie tu: http://www.pigout.pl

Informacja z fanpejdża na fejsbuku:

Głodny, zły i brzydki. Miłośnik trzypiętrowych burgerów, fan popkultury, entuzjasta podróży i kontestator rzeczywistości. Hejter, ale z klasą.

Takie tam darcie łacha z polityków, celebrytów, hipsterów i samego siebie. Popkultura, bieżące wydarzenia, selfiaki z burgerami i lifestajl dla leniwych, jednym słowem PigOut.

Trochę skromnie, bo na blogu nie przeczytamy o tym, jak fajnie siedzi się na kanapie i wcina burgery, czy też o tym, jakie majty Doda albo inna Cichopkowa założyła na bal charytatywny ratujący niedźwiedzie polarne na Saharze. Blog jest całkiem ciekawy. Są informacje o tym, gdzie dobrze zjeść, gdzie pojechać, co warto zobaczyć w kinie, jest sporo felietonów – wszystko w krótkiej, zjadliwej, humorystycznej oprawie, bez napinki. Ot, po prostu – wyrażenie swojej opinii.

Dość wspomnieć, że fp na fb ma ponad 17 tysięcy fanów! A czemu? Bo PigOut jest sympatyczny, zwyczajnie – jest sympatyczny! Pisze sobie (zresztą fajnie sobie pisze, bez zarzutu – matką polonistką się chwali kilkakrotnie, zatem docenia jej starania, za co ma u mnie duży plus – z wiadomych powodów. Może mój syn też kiedyś popełni jakieś dzieło i wspomni w nim o mamie polonistce 😉 ) o swoich odczuciach, o swoich spostrzeżeniach, wyraża swoją opinię – i nigdy nie traktuje tego, co pisze, jako jedynie słusznego poglądu i prawdy ostatecznej, nie przemyca w swoich tekstach sugestii, że jak ktoś myśli inaczej od niego – to głupek i niedouk.

„Świnia ryje w sieci” to teksty podobne do tych, jakie publikuje na blogu – krótkie, treściwe, zabarwione humorem (niejednokrotnie czarnym).

Czytało mi się naprawdę fajnie, zwłaszcza, że mój sposób myślenia idzie często w podobną stronę i podobne wyciągam wnioski, obserwując ten niewielki fragment świata, jaki jest mi dany.

Czytało mi się fajnie od początku, ale na 44. stronie postanowiłam podjąć już decyzję, czy czytam dalej (nie kończę gniotów – szkoda mi na to życia).

Coache i mówcy motywacyjni. Zdecydowanie największy fejsbukowy nowotwór. Nawet matki Brajanka nie spieprzą ci tak skutecznie dnia, jak coache. (…) Później jeszcze bezczelnie każe ci wyjść ze strefy komfortu. Raz wyszedłem, nie podobało mi się.

„Mój człowiek” – pomyślałam (i pomyślałam tak jeszcze wiele razy, czytając te wolne myśli) i czytałam dalej do jakiejś 2 w nocy (w myśl mojej stałej zasady „Jeszcze tylko jeden rozdział” – łyknęłam całą, a rano było mi przykro, że się skończyło).

PigOut pisze nie tylko o tym, co wkurza go w necie. Pisze, co sprawia, że szlak go trafia na co dzień: w pracy w korpo, w wielkim mieście i wielkich mieszczuchach. Nie oszczędza samego siebie – ze szczerością dziecięcia opisuje wtopy, których był głównym bohaterem (niektóre ciekawsze, inne nieco mniej).

Dziwi mnie co prawda, dlaczego Autor zechciał nazwać siebie hejterem. Ja jestem daleka od takiej oceny PigOuta. Powiedziałabym raczej, że hejt częściej kieruje w samego siebie niż w innych.

Książka nie stanie u mnie na półce wespół z wybitnymi dziełami. Stanie sobie chwilowo w ‘lekkich aktualnościach’, dopóki nie znajdę dla niej lepszego lokum.

Jeśli macie dystans, lubicie ironię, umiecie śmiać się z siebie i chcecie przeczytać coś prostego, bardzo aktualnego, to ta książka jest dla Was. Gwarantuję, że – tak jak ja – często będziecie powtarzać w trakcie lektury: „Mój człowiek!”.

Ale nie byłabym sobą, jakbym się nie przypieprzyła.

Widać pośpiech: w pisaniu, w redagowaniu i w korekcie. Kilka pierdoletek edytorskich, redaktorskich zaniedbań – ok, ale mocno ukłuł mnie w oko brak konsekwencji w pisowni, może komuś to nie przeszkadza, ale mnie – niestety tak. Nie rozumiem na przykład, dlaczego Autor (redaktor, korektor) nie zdecydował się na jedną formę zapisu wulgaryzmów. Raz mamy jakieś wykropkowanie, innym razem wali mięchem bez zastanowienia, czasem – wali z zastanowieniem i wtedy przeprasza zanim walnie. Podobnie jest ze spolszczeniami. Ja osobiście uwielbiam spolszczać pisownię, odmianę – ułatwiam sobie życie. Tu mam do czynienia z różnymi formami – spolszczonymi, pisanymi oryginalnie, używaniem potocznych określeń albo oficjalnych nazw. Rozumiem, że to wiele tekstów w jednej książce – ale na tym zdaje się polega zadanie redaktora, aby to umiejętnie sklecić w jedną publikację.

Ale duży plus za: nowe teksty, niepublikowane na blogu! Autor nie poszedł na łatwiznę i NAPISAŁ KSIĄŻKĘ, a nie wydał to, co już kiedyś popełnił – a to wielka różnica. Za to właśnie – wybaczam powyżej wspomniane błędy.

Panie PigOucie, proponuję jednak nieco bardziej zaszaleć z tym hejtem, skoro się Pan hejterem ogłosił, z krytyką Panu całkiem do twarzy, niech się Pan nie ogranicza do powszechnie i dawno już shejtownych rzeczy(wistości). No i za dużo u Pana poprawności politycznej, żeby nie rzec: ‚asekuranctwa’. Śmiało! Ma Pan na koncie pierwszą publikację – jest dobra, i rokuje. Zatem, do dzieła!

 

IDEALNE MIEJSCE DO ŻYCIA

Marcin Szmel

DSC00307

„Krótkie opowiadania” – głosi informacja na okładce. Zgadza się, krótkie. Nie wszystkie teksty zebrane w tej cienkiej książeczce są jednak opowiadaniami. Większość z nich to piękne miniatury, migawki obrazów z miejskiego życia. Blokowiska, moralnie wątpliwe postaci, jakiś marazm… Z miejskiej dżungli – miejska pustynia bez cienia szansy na odnalezienie oazy.

Dostałam ostrzeżenie przed jej przeczytaniem: „Wpadniesz w depresję”. Zatem kiedy tylko odnotowałam, że jesienna depresja rozgościła się już u mnie na dobre, zdecydowałam, że gorzej być nie może i pora zanurzyć się w dobijające utwory muzyczne, literackie, filmowe, pogrążyć się w listopadowej aurze i rozpocząć coroczny, trwający kilka miesięcy nawet, okres pt. „życie jest podłe” i przeczekać pod bezpiecznym kocem aż do kwietnia.

„Cykl opowiadań” Marcina Szmela nie spełnił moich oczekiwań – zamiast wprawić mnie w stan emocjonalnego rozmemłania, nacisnął przypadkowo zielony włącznik i zatliło się (broń Boże – nie rozbłysło) światełko nadziei, dając ulgę, że nie tylko moje oczy patrzą z obojętnością, nie tylko ja przywykłam, oswoiłam się, zaakceptowałam i nie staram się pojąć. Autor tez widzi. I też nie sili się o zrozumienie, tez nie wypowiada wojny! Genialne tak osiąść na dachu przy kominie i patrzeć. Nie oceniać, nie wołać o pomstę do nieba. Patrzeć i akceptować. Akceptować, choć się wie więcej, i wie się lepiej…

Każdy tekst to krótka migawka/opis/ relacja, to jeden obrazek jakiegoś uwierającego elementu życia w małym mieście. Bezrobocie, bezwiara, beztalencie, bezmyślność, bezmiłość.

Taki kawałek ziemi, na którym relacje są nieskomplikowane, a ludzie nie zamierzają sobie ich komplikować. Niewielkie mają ambicje, a i tych niewielkich nie umieją spełnić.

W tym wszystkim – język opowiadań jest sarkastyczny, ale nie prosty, stylizowany na ‘potok słów’ rodem z filmu „Dzień świra” ze sporą dawką zacięcia poetyckiego. Przyjemne. Woda na mój młyn!

O miłości? Proszę bardzo: rozstania, kłótnie, patologia, zdrady, trwanie w toksycznych związkach, ze szczególnym dbaniem o reprodukcję gatunku.

Zawsze trzeba kogoś wyrzucić poza nawias w równaniu „my przed troje”, albo zrobić z tego „ja przed dwoje” i wtedy wyrzucić poza nawias siebie. Zredukować do zera w równaniu do niemożliwego. (…) Później i tak się okazuje, że niby dobrze ci było we dwoje, a jednak lepiej nam będzie beze mnie. Że z nią, bez niego, obok nas, bez ciebie. W dowolnej kombinacji wiadomych, niewiadomych i zmiennych. Że gdzieś w równaniu był błąd, cała seria błędów. Że założenia z gruntu niewłaściwe.

(M. Szmel „Matematyka dla humanistów”)

O społeczeństwie? Proszę bardzo: menelizm, dziedziczne miejsce na ostatnim szczeblu drabiny feudalnej, zaspokajanie najniższych potrzeb życiowych, w tym również potrzeby dbania o sąsiada, ze szczególnym dbaniem o sposób jego myślenia.

Puk, puk, przychodzą starowinki. O, tu, u nas w kościółku, pan wie, gdzie jest kościółek, prawda? (…)
Puk, puk, dzień dobry. To my, pan nas poznaje, prawda? Zapraszamy na spotkanie wspólnoty. (…)
Puk, puk. Dzień dobry, można u pana zostawić paczkę dla sąsiadów? (…)
Puk, puk. Czy jest pan gotowy porozmawiać o naszej promocji? (…)
Puk, puk. Panie sąsiedzie, niech pan coś zrobi z tym kotem. (…)
Puk, puk. Starowinki. Karteczka. Modlitwa. Pan się pomodli, pan znajdzie czas. (…)
Puk, puk. Panie sąsiedzie, pan przeparkuje….

(M. Szmel „Czy mogę być dla pani niemiły?”)

A to wszystko ubrane w bardzo spójną konstrukcyjnie historię o zaganianiu, o chaosie, o tym, ze to wszystko zrozumiałe, że jasne, ale że dajcie wy mu kurwa święty spokój.
O patriotyzmie? Proszę bardzo…

Na początku Psalmy i Hymny, później już tylko klątwy i skakanie do gardeł. Katyń i źli Ruscy, Oświęcim i dobrzy Niemcy. Jakiś rozłam, pierwsze pięści, pierwsza stacja męki i Męczeństwa.

O religii?? Proszę bardzo…

O… ??? Proszę bardzo…

A nad tym wszystkim czuwa narrator, który jest zupełnie nie z tego świata i udaje, że go to nie obchodzi, a z tyłu głowy coś go szczypie, gryzie, swędzi i nie daje przejść obojętnie, przemilczeć, więc to wszystko, co osiedlowe i niestrawne, wyjmuje, przeżuwa dokładnie… ale nie połyka. Ty, czytelniku, zjedz to sobie sam. Bo narrator, choć wie więcej i wie bardziej, to nic z tą wiedzą zrobić nie może.

Mnie „opowiadania” nie znudziły, nie zasmuciły i o dziwo – nie zniechęciły do miasta. Takie ono jest to nasze miasto, nieprzerysowane, nieprzystrojone, niereformowalne.

Brakuje mi jednej rzeczy!

Drogi Panie Autorze,
nie ma miasta bez komunikacji miejskiej! Musi być autobus, a w nim głośna rozmowa (bo przecież to huczy wszystko i dudni i nie daj Boże, byłby ktoś nie usłyszał!) o skomplikowanym przebiegu porodu; a z kim ja ten sk… zdradził; ile jej wód odeszło; i kto z kim na gimbalu „dał czadu”; a kto bierze łapówki w Marszałkowskim Urzędzie, co to go takiego teraz wystawili.
Wtedy można powiedzieć „Amen”. Bez autobusu – ten obraz jest wybrakowany ;-)!

Polecam „Idealne miejsce do życia” Marcina Szmela.

Ja (znacie moją tendencję do szufladkowania) umiejscowiłabym je: tematycznie – na półce gdzieś między filmem „Dzień świra” M. Koterskiego a „Germinalem” E. Zoli; językowo – blisko modnej J. Bator (choć to nie ten „target”, ale dobrze rokuje!).

No i boskaaa okładka!!!

„ODKRYWAM CZYTANIE”

Jolanta Faliszewska

Grażyna Lech

odkrywam czytanie

Mój syn, który jest dziś poważnym pierwszakiem, swoją przygodę z czytaniem rozpoczął już jakiś czas temu. Zaczęło się od składania prostych wyrazów w wieku 5 lat. Syn sam dał mi znak, że chce już czytać samodzielnie. Na spacerach omiatał wzrokiem szyldy, reklamy, bilbordy, wystawy sklepowe etc. Zawsze starał się znane mu od dawna znaki skleić w jakiś spójny komunikat. Nie zawsze mu to wychodziło. Igor zakochiwał się w literkach, a ja zauważyłam problem (którego ja jako dziecko nie miałam, a też uczyłam się czytać w ten sposób), mianowicie: większość haseł, wyrazów, które Igor widział w sklepach, na znakach, plakatach itd. pochodziło z języków obcych, a ich oryginalny zapis sprawiał, że dziecko gubiło się w takich wyrazach, jak: pub, real, shop, jeans, t-shirt itd. Pomijam napisy na murach (większość Igorowi „wpadała w oko” niestety za szybko, ale przynajmniej dzięki temu dwuznak „ch” ma opanowany do perfekcji). No i uznałam, że czas działać.

Mam to szczęście, że pracuję z mądrymi głowami, które od razu podrzuciły mi kilka tytułów książeczek (albo całych cykli), które pomogły mi wprowadzić syna w świat, w którym sama kocham przebywać – w świat zadrukowanych białych stron cudownie śmierdzącego farbą drukarską papieru .
Jeden z tych cykli szczególnie przypadł mi do gustu i mój pierwszoklasista z powodzeniem korzysta z niego do dziś.

Seria niewielkich, kolorowych książeczek Odkrywam czytanie powstała właśnie z myślą o dzieciach, które opanowały umiejętność głoskowania i poznały już pierwsze litery. Kiedy dziecko zaczyna składać pierwsze wyrazy – warto pomóc mu takimi książeczkami.

Autorkami cyklu są:
• Grażyna Lech – nauczycielka kształcenia zintegrowanego z 28-letnim stażem, nauczyciel dyplomowany, redaktorka wielu cykli podręczników do wychowania wczesnoszkolnego.
• Jolanta Faliszewska – nauczycielka kształcenia zintegrowanego, pedagog szkolny, psycholog, autorka podręcznika do matematyki dla klas I–III, autorka cyklu podręczników do wychowania wczesnoszkolnego oraz wielu artykułów w czasopismach zajmujących się tematyką edukacyjną.

Cały pakiet Odkrywam czytanie składa się z 20 barwnych książeczek dla dzieci i jednej (21.) książeczki-instrukcji dla rodziców/nauczycieli/opiekunów. Pierwsza książeczka – Odkrywam czytanie – przeznaczona jest dla dzieci, które jeszcze nie umieją samodzielnie czytać, a nawet dla tych, które nie poznały jeszcze liter. Zawiera ona bowiem pismo obrazkowe. Taka książeczka jest bardzo przydatna dla rodzica, aby mógł określić, czy dziecko jest już gotowe wkroczyć w świat symboli literowych. Książeczka jest genialnie pomyślana. Na jednej stronie dziecko widzi cały obrazek przedstawiający jakąś konkretną sytuację. Obok znajdują się rysunki-symbole. Odczytując je, dziecko może opowiedzieć, co dzieje się na głównej ilustracji, np.:

???????????????????????????????

Teksty w kolejnych książeczkach dla dzieci mają różny poziom trudności, więc możemy dostosować je do umiejętności naszego dziecka, a potem już tylko cieszyć się, kiedy zacznie osiągać kolejne „levele” ;-).

???????????????????????????????

Stopnie trudności oznaczone są kropkami. W instrukcji dla opiekuna znajdziemy podpowiedź:

„Oznaczenia trudności:
• – w tekście nie użyto liter ze znakami diakrytycznymi i dwuznaków: ą, ć, ę, ń, ó, ś, ź, ż, ch, cz, dz, dż, dź, rz, sz. Jeśli pojawiają się takie litery, są wyróżnione jako materiał dodatkowy.
•• – w tekście nie użyto dwuznaków i liter ze znakami diakrytycznymi – za wyjątkiem ą i ę.
••• – w tekście użyto wszystkich liter polskiego alfabetu”.

Prócz tej podpowiedzi autorki dają kilka świetnych rad, jak uczynić naukę czytania przyjemną, jak sprawdzić, czy dziecko rozumie czytany tekst, jak skłonić dziecko do wyrażenia swojej opinii o treści książeczki, a także podają kilka pomysłów na atrakcyjne wykorzystanie pakietu w szkole czy w domu. Dodatkowo, na ostatnich stronach tej książeczki-instrukcji, znajdują się strony z zadaniami. Do każdej książeczki autorki przygotowały krótkie i proste zadania, które pomogą rodzicowi/nauczycielowi sprawdzić, czego dziecko się nauczyło. To bardzo ważna pomoc. Warto poświęcić dodatkowe kilka minut po przeczytaniu książeczki na zrobienie takiego zadania sprawdzającego. Pozwoli nam to zweryfikować, z czym dziecko ma jeszcze kłopot, co należy jeszcze raz wytłumaczyć.
Zgodnie oceniliśmy z Igorem ten cykl na 5. Ja dodałam mały minus, ale o tym za chwilę.

Najpierw plusy:
– książeczki są bardzo profesjonalnie przygotowane, przemyślane, dostosowane do poszczególnych etapów nauki czytania, możemy śmiało zaufać doświadczeniu i wiedzy autorek;
–  ilustracje: autorki nie ograniczyły się do wyboru jednego ilustratora; każda książeczka to inny ilustrator i inna stylistyka; są więc i proste ilustracje wektorowe, ale i wypełnione detalem (i humorem) zabawne rysunki z precyzyjną kreską; są proste „wycinanki”, zimowe „kolaże”; jest i komiks; w ten sposób dziecko poznaje, że książki można zilustrować na różnorodne sposoby,
– na uwagę zasługuje sposób zapisu (czcionka, format): tytuły pierwszych książeczek (z prostymi wyrazami, sylabami) pisane są wielkimi drukowanymi literami, a krój pisma przypomina dziecięce, nieudolnie kreślone litery; na kolejnych etapach (poziomach trudności) teksty pisane są różnymi rodzajami czcionek dostosowanych do młodego odbiorcy, pozwala to oswoić się dziecku z różnymi rodzajami zapisu,
– proste, ale ciekawe teksty – ich samodzielne przeczytanie sprawi dziecku dużą frajdę, a rodzicowi pomoże zmotywować dziecko do pracy, rozmowy, ćwiczeń językowych, dyskusji.
– CENA! Nie trzeba kupować całego pakietu, książeczki są dostępne w sprzedaży pojedynczo, w cenie (UWAGA!) ok. 4 zł!!! Można śmiało kupić na początek kilka, albo – jeśli dziecko potrafi już samodzielnie czytać – nabyć tylko te części dla „zaawansowanych”.

I tu minus: książeczki sprzedawane osobno nie są oznaczone, na jaki poziom nauki czytania są przeznaczone. Rodzic musi sam zdecydować , na którym „levelu” znajduje się jego dziecko. Nie powinno być to większym kłopotem dla świadomego rodzica, ale jednak oznaczenie każdej książeczki byłoby dużym ułatwieniem.

Ja zachęcam do zakupienia całego pakietu opakowanego w piękną, kolorową walizeczkę.
Dla dzieci 5-8 lat będzie to doskonały prezent na zbliżające się mikołajki czy pod choinkę.

???????????????????????????????

I tradycyjnie: ‘mądrości z okładek’ (tym razem z pudełka):
„Zawartość pudełka:

  • Książeczki do czytania dla dzieci znających litery.
  • Teksty o różnym stopniu trudności.
  • Teksty o różnej tematyce i formie – zagadki, poezja, proza, teksty popularnonaukowe.
  • Ilustracje w zróżnicowanej estetyce plastycznej, wykonane przez utalentowanych ilustratorów.
  • Instrukcja wspierania dziecka w nauce czytania i odbiorze sztuki ilustratorskiej dla nauczycieli i rodziców.

Cele cyklu:

  • Nauka czytania.

  • Edukacja czytelnicza.

  • Rozwijanie wrażliwości estetycznej i wyobraźni.”

NIEZWYKŁE ZAGADKI KOTA MĄDRALI Anatol Hin

NIEZWYKŁE ZAGADKI KOTA MĄDRALI Anatol Hin

Kreatywność. Pojęcie – wytrych, pojęcie – widmo. Bombarduje nas ta kreatywność zewsząd. A najmocniej dociera do młodych rodziców. Dziecko ma być kreatywne, rodzic ma być kreatywny, wychowanie ma być kreatywne, gry, zabawki, klocki, mata i … nocnik. Nie wiem, jak wy – ale ja jestem zmęczona tym pojęciem i wcale mi się ono nie podoba. Kreatywna tablica? A co to na Boga jest? Tablica nie może być kreatywna – może stać się przedmiotem, który pobudzi kreatywność dziecka, ale sama na pewno na żaden pomysł nie wpadnie!

Kiedyś dziecko brało kamień i patyk, bawiło się godzinę i rodzic wcale nie płakał ze wzruszenia, jakie to ma kreatywne dziecko. Bo dziecko z natury jest KREATYWNE! Być kreatywnym, to znaczy być twórczym! A okres dzieciństwa to nieustanna twórczość, ciągłe odkrywanie, zdobywanie doświadczenia, nabywanie nowych umiejętności – przecież tym właśnie jest dzieciństwo, młodość, niedorosłość. Dojrzałość przyniesie ze sobą zgryzotę i poczucie, że już wszystko wiem, widziałam, i, że mi się nie chce! Dziecku stale się chce! I dlatego to jest najlepszy moment, żeby ćwiczyć te małe móżdżki, zanim przestanie im się chcieć.

Powie szczerze – ja tak nie ufam tym wszystkim naukom psychologiczno-terapeutyczno-pedagogicznym, które wmuszą w nas nieustanne rozwijanie kreatywności. Pomysłowość, twórczość, to obszary, które dziecko samo świetnie rozwija. Wystarczy mu nie przeszkadzać i odsunąć na jakiś czas wszystkie proste, dosłowne przekazy, gotowe obrazy: komputerki, laptopy, tablety (telewizorki już chyba odeszły do lamusa).

Pewnie was nie zdziwi, co zaoferuję w zamian 😉 Rzecz jasna, książkę. Ten – od wieki wieków – najlepszy „kreator” naszych charakterów, umysłów.

Szybko, żeby nie przynudzać…

Czytając, dziecko: rozwija słownictwo, opanowuje zasady pisowni, pobudza wyobraźnię, wzmacnia koncentrację i inteligencję emocjonalną. W zakresie komunikacji: czytanie pomaga dziecku rozwijać umiejętność wygrażania własnych myśli, rozwiązywania problemów, formułowania własnych potrzeb werbalnie i w sposób kontrolowany (co nie jest dla ssaków takie znowu naturalne – często w ruch idą pazury i zębiska 😉 ). Podając dzieciakowi książkę, uczymy go również jeszcze jednej ważnej rzeczy – przyjemnego, ale aktywnego dla mózgu, wypoczynku.

Chciałabym Wam dziś opowiedzieć o książce, która pomoże pogimnastykować umysł takiego malucha. Książka jest przeznaczona dla dzieci w wieku 4–7 lat, ale ja polecam też starszym dzieciom. Jej autorem jest Anatol Hin – specjalista TRIZ, dyrektor Labolatorium Edukacyjnych Technologii „Wykształcenie dla nowej ery”. Na język polski przetłumaczył teksty Jan Boratyński. Książka została wydana w 2010 roku przez wydawnictwo Hin A.A. i wydawnictwo ANO „Triz-profi”. W Polsce opublikowana została w 2011 roku przez wydawnictwo MAC Edukacja i wydawnictwo JUKA – wchodzące w skład Grupy Edukacyjnej S.A. Jest to pierwsza taka książka na polskim rynku wydawniczym. Została przetłumaczona na 13 języków i stała się bestsellerem w grupie wydawnictw książek dla małych dzieci. Nie będę Was zanudzać zasadami metody TRIZ – „Teorii Rozwiązywania Innowacyjnych Zagadnień”, ale zachęcam do zapoznania się z tą metodą (np. u wujka GóGla 😉 ).

Niezwykłe zagadki Kota Mądrali to świetny sposób na spędzenie z dzieckiem wolnego czasu. Maluchom – czytamy; starszakom – podpowiadamy!

Zacznę od tekstów. Są to bardzo ciekawe, popularne historie, luźna adaptacja mitów (historia Minosa, Minotaura, motyw złotego runa), historii biblijnych (król Babilonii – Nabuchodonozor) i legend (Hodża Nesredin). Autor podejmuje też motywy z klasyki literatury (W 80 dni dookoła świata) oraz znanych bajek (Tomcio Paluszek, Kubuś Puchatek), a także z ludowych bajek (Lisica i żuraw – ukraińska bajka ludowa; Lisica i cietrzew W. Ważdajewa ze zbioru Bajki z kobiałki), czy przedstawia losy znanych postaci i ważne wydarzenia. Jednak poznanie tych historii to tylko wstęp do pracy z tekstami. Te popularne utwory stanowią pretekst, aby zadać dziecku zagadkę, pozwolić pomyśleć, jak można rozwiązać trudny problem.

36 opowiadań – 36 problemów, przed którymi stoi bohater, a przewodnik – Kot Mądrala – zastanawia się, co bohater może zrobić, żeby wyjść z opresji. I podpowiada! Czasem naprowadza na właściwą odpowiedź, czasem zmusza do polemiki z jego propozycją rozwiązania. W małych głowach rodzą się takie pomysły, że musimy przygotować się na prawdziwe zaskoczenia! Trenujemy przy okazji mięśnie twarzy, robiąc wszystko, żeby się nie roześmiać z dziecięcych mądrości. Zadania są trudne. Czasem należy czytać tekst kilka razy. Aby doprowadzić dziecko na właściwe rozwiązanie, nie tylko musimy mu pomagać, ale dyskutować z nim tak, aby samo odgadło, czy jego pomysł zadziała.

Przykładowe zadanie:
Król Minos daje trudne zadanie swoim rzemieślnikom: mają przewlec nitkę przez muszlę o krętej budowie. Podpowiedź Kota Mądrali brzmi: Gdyby nitka była małą żmijką, mogłaby sama przeleźć przez wszystkie zakręty. Ale nitka nie jest żmiją – sama pełzać nie potrafi. Szkoda, że Dedal nie był czarownikiem. Zamieniłby się w malutkiego człowieczka i sam przeciągnąłby nitkę. Taka podpowiedź może już nasunąć dzieciom właściwe rozwiązanie problemu. A co zrobił Dedal? Prawidłowe rozwiązania zamieszczone są pod każdym tekstem, zapisane… lustrzanym odbiciem. Z tej prostej przyczyny – żadne dziecko na tym etapie edukacji nie przeczyta ich samo! Po rozmowie, dyskusji, przegadaniu sprawy – dziecku młodszemu możemy odczytać odpowiedź, starszakowi – podamy lustro i ma dodatkową zabawę 😉

Teksty są trudne. Pisane prostym językiem – ale tematycznie dość odległe od świata dziecka. W zrozumieniu i wczuciu się w świat bohaterów pomagają barwne ilustracje, które stworzyło dwóch grafików: Aleksander Tomko i Siergiej Mist. Dzięki nim dziecko wie, jak wygląda Minotaur, ale ów potwór nie będzie go nawiedzał w koszmarach sennych, gdyż jest całkiem łagodnie przedstawiony, a głupie olbrzymy wyglądają po prostu jak… głupie  .

Publikację Zagadki Kota Mądrali z pewnością można zaliczyć do książek, z którymi warto pracować, aby pomóc najmłodszym w rozwijaniu kreatywności, pomysłowości, poczucia sprawstwa. To nie tylko snucie domysłów i opowiadanie sobie fantastycznych historii, ale przede wszystkim świetna gimnastyka umysłu, która pozwoli dziecku łatwiej rozwiązywać problemy życiowe, zadania szkolne, zachęci do działania i nie poddawania się nawet, jak zadanie wydaje się nie do rozwiązania.

I jeszcze mała mądrość z okładki 
7 powodów, dla których wszyscy kupują tę książkę
• Rozwijanie twórczych zadań to najlepszy sposób rozwijania u dziecka kreatywności i zdolności do podejmowania inicjatywy.
• Zadania czerpią treść z bajek, dzięki czemu są bardzo interesujące.
• W książce znajdują się wyłącznie nowe, oryginalne zadania „wynalazcze”.
• Z Kotem Mądralą, dzieci nie tylko rozwijają zdolności, ale także zyskują satysfakcję.
• Wszystkie zadania sprawdzono zarówno w rodzinnym wychowaniu, jak i placówkach edukacyjnych. Książkę przetłumaczono na języki: angielski, niemiecki, francuski, czeski, koreański, chiński i polski.
• Zawiera ona nie tylko zadania, ale także podpowiedzi i elementarne zasady wynalazczości.
• Dorośli znajdują zalecenia, jak stworzyć w kontaktach z dziećmi atmosferę „ducha wynalazczości”.

MAŁGORZATA IDZIE NA WOJNĘ

Wojciech Lubawski, Tomasz Natkaniec

 

MAŁGORZATA IDZIE NA WOJNĘ Wojciech Lubawski, Tomasz Natkaniec

Powieść napisana przez prezydenta Kielc – Wojciecha Lubawskiego i dziennikarza – Tomasza Natkańca.

Jeden z Autorów nabył na aukcji eBaya stary list w pożółkłej kopercie zaadresowany „JW Małgorzata Aniela Szczerbińska, do rąk własnych”. Jego data – 5 sierpnia 1914 roku – wskazywała na to, że nadawca napisał go tuż przed wyruszeniem Pierwszej Kompanii Kadrowej Józefa Piłsudskiego z Oleandrów do Kielc. Tajemniczy list, okruchy historii, miłość i lokalizacja (!) – to wystarczyło, by zaintrygować dwóch pasjonatów historii i skłonić ich do dalszych poszukiwań informacji o adresatce. Po amatorskim śledztwie, Autorzy dotarli do prawnuka bohaterki – Piotra Wiśniewskiego, który dostarczył kolejnych materiałów: fotografii, teczek, dokumentów. W ten sposób powstała powieść o dzielnej Małgorzacie – dziewczynie, która rzuca się w wir wydarzeń Roku Pańskiego 1914.
Małgorzata Szczerbińska była sierotą, niechcianą wychowanką wrednej stryjenki i stryja, który powróciwszy z wojny rosyjsko-japońskiej, dał żonie ostro do zrozumienia, że nie podobało mu się, jak traktowała Małgorzatę – dziecko, które pokochał, jak własną córkę. Stryj w japońskiej niewoli nauczył się „japońskiej sztuki walki”, którą – dla podkreślenia stanowczości swych decyzji – demonstrował na meblach pokojowych:

I wtedy stryj Paweł wydał z siebie przerażający wrzask, i z całej siły rąbnął łokciem w trzydrzwiową, fornirowaną na jasny orzech szafę. Wrzasnął ponownie i wykonując półobrót, uderzył wyprostowaną nogą w lustro zamontowane w jej drzwiach. Szkło rozprysnęło się na tysiące kawałeczków. Kopnął w trzecie drzwi, ze świstem wypuścił powietrze z płuc i znieruchomiał.

Małgorzacie zaimponowała siła stryja i przez kolejne lata uczyła się od niego owej „japońskiej sztuki walki” polegającej – na szczęście – nie tylko na „rąbaniu łokciem” i wykonywaniu półobrotów, ale również na pracy nad sobą, panowaniu nad swoimi emocjami, nie poddawaniu się lękom. To te nauki – jak się później okaże – najbardziej przydadzą się Małgorzacie w jej podróży z Krakowa do Kielc.

Po kilku latach od tego wydarzenia, w sierpniu 1914 roku, Małgorzata dostała list (ten sam list, który prawie 100 lat później otrzymał pocztą jeden z Autorów powieści ) od swojego narzeczonego, który postanowił przełożyć ich ślub i wyruszyć na wojnę, by walczyć o wolną Polskę. Kocham Cię bez pamięci, bez tchu, bez opamiętania. Wiem, że Ty tak samo kochasz mnie. I dlatego wierzę, że mi wybaczyć. – napisał January. Nawet nie zdawał sobie sprawy, jak dalece się pomylił i jak bolesna będzie to dla niego pomyłka. Widocznie ten chłopaczyna niezbyt dobrze znał się na kobietach, a i wyobraźnię miał lekko ułomną, skoro nie potrafił sobie wyobrazić, do czego zdolna jest kobieta ze złamanym sercem. Małgorzata nie rozumie i nie ma zamiaru próbować zrozumieć! Stanowczość, zdecydowanie, upór i duma – to cechy, które decydują o tym, że dziewczyna postanawia dopaść delikwenta i wyrazić swoje niezadowolenie. Nie, Małgorzata nie wpada w furię, nie zamierza rwać włosów z głowy. Z wielkim opanowaniem, metodycznie, bez pośpiechu, pakuje swoje rzeczy w małą walizkę, postanawia wyruszyć za wojskiem i – aby pomścić swoją dumę – zabić nieszczęśnika, który ośmielił się ową dumę zszargać.

Tak rozpoczyna swoją podróż. Z walizką, niewielką sumą pieniędzy i swoim dziennikiem, w którym zapisuje postanowienie:
Miał szczęście, że go dziś nie dopadłam. Ale dalibóg (…) złamię mu kark bez chwili wahania, gdy tylko przed nim stanę. Nic innego się dla mnie nie liczy. I jestem całkowicie gotowa na to, co nastąpi potem: niechże mnie osądzą jak pospolitą morderczynię. Nie dbam o to.

Podróż, zdawałoby się niedługa (Małgorzata wyrusza z Krakowa 6 sierpnia, a do Kielc dociera 17 sierpnia) i niedaleka, obfituje w wydarzenia, o których młodej kobiecie nawet się nie śniło. Na jej drodze, prócz wielu przeszkód, na szczęście stają również ludzie, którzy pomagają dotrzeć do celu. Postacią, która pojawi się w powieści na dłużej, jest Pierre Świeżawski:

Profesor uniwersytetu w Zurychu, znajomy Alberta Einsteina, Ignacego Mościckiego i Włodzimierza Lenina (!), patologiczny erotoman, zapalony fotograf, ekscentryk, prawdopodobnie alkoholik, a nade wszystko patriota o gołębim sercu poszukujący grobu ojca powstańca.

Ten bohater wniósł do powieści dużo humoru, luzu, dystansu. Stał się – chcąc nie chcąc – towarzyszem podróży dzielnej Małgorzaty. Ich dwa światy – poukładany, z zasadami i naukami wyniesionymi z surowego domu Małgorzaty i ten frywolny, zdystansowany, rozpustny żywot wątpliwego moralnie Pierra – zderzają się, tworząc komiczny duet. Koniec końców Pierre okazuje się dobrodusznym panem w średnim wieku, a Małgorzata obdarza go niezwykła sympatią, mimo, że np. potrafił opóźnić podróż, bo zaspał… na sianie… w stodole… z 2 nagimi służącymi…

Małgorzata wędruje wiele dni trasą, którą dziś pokonujemy w 2 godziny. Ona po drodze musi nie tylko sama przeżyć wiele przygód, ale i przedstawić nam mnóstwo ludzi, których warto poznać, pokazać wiele ciekawych miejsc. Dlatego sama akcja poszukiwania Januarego często zostaje zawieszona, wstrzymana, aby na chwilę „zajrzeć” do ważnych miejscowości, wsi, domostw. Muszę powiedzieć, że – jak dla mnie – są owe pauzy zbyt krótkie i płytkie! Np.: dworek pani Róży:

(…) Szafy kryją prawdziwe skarby. Jest tu prawie dwa tysiące woluminów z przeróżnych dziedzin nauki: architektury, heraldyki, genealogii, geografii, medycyny, a nawet rolnictwa, w językach, w jakich dusza pragnie – (…). Najcenniejsze egzemplarze mają oprawę z epoki: zwykle drewnianą i obciągniętą pergaminem, z metalowymi okuciami, a nawet ze złoceniami. (…) Gospodarz posiada pewną ambicję, (…). Otóż pragnie umieścić w swej biblioteczce po jednym egzemplarzu… każdego czasopisma wychodzącego na świecie! I tak obok gazet polskich, na przykład „Kuryjera Wileńskiego”, „Kłosów”, „Przyjaciela Dzieci” i dziesiątek innych, ma już całkiem pokaźną kolekcję pism zagranicznych. Zwłaszcza francuskich, z „L’Illustration”, „Le Petit Journal” i „Revue de Deux Modest” na czele, ale i na przykład amerykańskich: „Harper’s Weekly”, „Our Town”, „Bentleyville” (…). A nawet australijską „Sydney Gazette”!

Opis tego dworu, jego biblioteki, sali myśliwskiej, gabinetu z unikatową kolekcją pasów kontuszowych etc. jest… niewystarczający, słaby, pozostawiający wiele do życzenia!

Do końca życia zapamięta to miejsce [Małgorzata]. Ale nigdy nie dowie się, że ów biblioteczny skarb, który przetrwał dwa powstania narodowe i przeżyje jeszcze dwie wojny światowe, zostanie unicestwiony przez nowych gospodarzy, współczesnych Hunów w watowych kurtkach. Zamieszkają tu oni zimą 1945 roku. Większość unikalnych mebli sprzedadzą beztrosko za pięć kanistrów spirytusu. Gazety sprzed stulecia przeznaczą na podpałkę. Bezcenne woluminy ochoczo wrzucą w błoto pobliskiej drogi, by ją w ten sposób… utwardzić.

Ja w tym miejscu zawyłam: małooooo!!! [wypadłam z łóżka i zaczęłam grzebać w Google: Tunel… Uniejów… Miechów… i znalazłam 😛 Wy też sobie poszukajcie 😛 ].

To był idealny moment na pauzę w powieści, a to miejsce, ten dwór i jego gospodarze dawali świetny pretekst, żeby pochylić się, opowiedzieć nieco więcej, dać czytelnikowi odpocząć od Małgorzaty i jej pędzenia za swoim żołnierzykiem. Jak dla mnie w powieści jest kilka takich niewykorzystanych okazji, miejsc i postaci z potencjałem, śmiało można było zaryzykować kolejny wątek, i kolejny… Chyba Autorzy za bardzo pilnowali się, żeby nie „przegadać”. Szkoda.

Warto sięgnąć po tę książkę! Ja, biorąc ją do ręki, raczej zakładałam, że po prostu muszę ją znać, wypada mi, należy się – wiele książek właśnie tak traktuję. Zaskoczyła mnie pozytywnie. Może jest lekko… przesadzona (?!), może niepotrzebnie z tej Małgorzaty taki Rambo – odbiera jej to wiarygodność. Ale w sumie jest to przyjemna książka, którą czyta się błyskawicznie.

Książkę oceniam pozytywnie. Dobrze się bawiłam, odnalazłam tu wiele bliskich mi miejsc i postaci znanych z historii, a także wydarzeń, o których snuje się opowieści przez pokolenia (między innymi Daleszyce – moje rodzinne miasto, gdzie w listopadzie 2012 roku w Niwkach Daleszyckich stanął pomnik upamiętniający wizytę Marszałka na ziemi daleszyckiej w 1926 roku). Eh… no dobra… jestem sentymentalna!

Chcecie dowiedzieć się, co spotkało Małgorzatę w drodze z Krakowa do Kielc? Dlaczego ta podróż trwała ponad 10 dni? Dlaczego Małgorzata ogoliła głowę? Co robiła w klasztorze na Karczówce? Gdzie poznała Henryka Sienkiewicza? Jak zabiła kilku kozackich żołnierzy i jak biskup odmówił udzielenia jej ślubu? I wreszcie – jak została żołnierzem Piłsudskiego i przeżyła płomienny romans? Zajrzyjcie do książki Małgorzata rusza na wojnę. Czyta ją się bardzo szybko, dostarcza spontanicznej (nieskomplikowanej 😉 ) radości. Zaspokoi miłośników literatury popularnej, a i raczej nie nadszarpnie zmysłu estetycznego znawców literatury pięknej.

J.M. Barrie PIOTRUŚ PAN I WENDY

J.M. Barrie  PIOTRUŚ PAN I WENDY

(…)

Kiedy zasnęła, przyśniło jej się, że Nibylandia przysunęła się zbyt blisko i że przedostał się z niej jakiś dziwny chłopiec. Nie zaniepokoił jej, bo odniosła wrażenie, że widziała go już przedtem w twarzach wielu kobiet, które nie mają dzieci. Być może znaleźć go także można w twarzach niektórych matek. W jej śnie rozdarł on mgłę zasłaniającą Nibylandię.

Książka dla dzieci? TEŻ! Książkę przeczytałam synkowi – od deski do deski i była to dla mnie samej ogromna przyjemność! Od 7 niemal lat, codziennie czytam synowi do snu (i nie tylko). Nie ma tu odrobiny chwalipięctwa, ani umoralniania. Ot po prostu – nie umiem śpiewać! Nie śpiewam kołysanek, bo nawet moje własne dziecię nie jest tak tolerancyjne, żeby tego wysłuchiwać! Jestem głucha jak pień, a moje struny głosowe nie chcą ze mną współpracować – taka ułomność i już! Zatem pozostało czytanie. Tak więc czytałam wierszyki, bajeczki, kolorowe książeczki z obrazkami i opowiadaniami. I tak doszliśmy do klasyki 🙂

Czytaj dalej

Koniec wiosny w Lanckoronie Agnieszka Błotnicka

Chciałam wszem i wobec ogłosić, że czytuję również popularną literaturę, literaturkę, a nawet literaturzynę.
I dziś opowiem Wam o niezobowiązującej, prostej i komicznej historyjce autorstwa pani Agnieszki Błotnickiej. Nazwisko nic nie mówi? No to proszę: Pani Agnieszka była dziennikarką radia Zet, a potem scenarzystką. Pisała scenariusze np. do Ulicy Sezamkowej (do której mam ogromny sentyment), a potem do seriali: Tata, a Marcin powiedział, Na wspólnej, Rodzina zastępcza i innych. No, to rozjaśniłam w głowach, a teraz do sedna – ma być o książce.

Książkę zaliczyłam do działu Szybka książka do pociągu 😉

Ogromną zaletą tej książki jest jej forma. Ot, czysto techniczna sprawa – ale ja zwracam na to uwagę. Książka leciutka, żółty papierek, niepowlekany błyszczaczem i innymi pierdołami, GENIALNA interlinia, świetna czcionka – nie zjada gałek ocznych, czysty relaks z książką w ręku! A do tego prosta, słoneczna okładka – sama radość. Nic dziwnego, że rzuciła mi się w oczy w księgarni, tuż przez odjazdem mojego pociągu. I to był strzał w dziesiątkę. Do domu dojechałam już po lekturze 😉
Koniec wiosny w Lanckoronie to historia Magdy, puszystej dziewczyny z normalnymi, ludzkimi problemami i pragnieniami.
Magda pracuje w prywatnej firmie, jest nowoczesna, zaangażowana . Wolne chwile spędza, popijając winko ze swoim, zakochanym w jej dodatkowych centymetrach, chłopakiem, i popalając papieroski. Ma o sobie dobre zdanie, nie przeszkadzają jej zbędne kilogramy, ma większe ambicje, niż stać się wieszakiem na ubrania, a po za tym – cieszą ją drobne przyjemności, takie, jak pyszne jedzonko, kawusia, ciasteczko!
No, ale książka musi mieć kawałek akcji, zatem i tu nagle gruchnęło, pieprznęło i posypały się niespodziewanie na magdziną głowę kłopoty i troski. Właściwie – najgłupszy kłopot z możliwych – rzucił ją chłopak. A tak konkretnie – to zwiał bez słowa wyjaśnienia! Tchórz! Wydarzenie to przywołało oczywiście falę samokrytyki i Magda postanowiła zwiać także! Zwiać od swojego życia, zdystansować się i oczywiście – zgubić nadbagaż tłuszczyku.

„Przecież mężczyźni uwielbiają tylko poręczne kobiety. Lekkie i wygodne jak neseserki, z którymi można gładko wcisnąć się do zapchanego wagonu metra, pomajtać sobie nimi od niechcenia, pogładzić je i otworzyć jednym ruchem ręki. To oczywiste, że żaden nie chciałby pchać się przez życie z wielką pękatą walizką.”

Magda bierze urlop i jej stare autko wywozi ją na górzyste zadupie. I w błędzie jest ktoś, kto doszukuje się tu wielkiej sensacji i przygód rodem z Indiany Jonesa! Magda skręca kostkę – i po zabawie! Spokojnie spędza czas w małej mieścinie i próbuje przewartościować swoje życie. Spotyka różnych ludzi, z których każdy coś do jej życia wnosi. Przechodzi na dietę!

„Tu potrzebne były wytrwałość i samozaparcie. Nadzieja na wspaniałą przyszłość, okraszoną dojrzałą, świadomą wolnością, wymagała utrzymania chciejstwa na uwięzi, w kagańcu, jak groźnego pitbulla. (…) Myśląc tylko o tym, odwijałam z papierka bladawy filet z dorsza.”

Któż jej nie zrozumie?!
Magda wytrzymała. Do zestawu dietowego dorzuciła proste ćwiczenia i udało jej się pozbyć zbytecznych fałdek. Nie, nie stała się z Kopciuszka Królewną, ot, po prostu – zrzuciła kilka kilogramów i lepiej się poczuła.
Pobyt w pensjonacie w Lanckoronie dał dziewczynie czas do zastanowienia się, do wspominania swojego związku, swojej pracy, swoich przyjaciół. Związek? Chyba opierał się jedynie na frywolnej zabawie i dobrym seksie. Przyjaciele? Magda tego nie mówi, i nawet przez chwilę nie czuje się opuszczona, ale chyba jest samotna. W jej relacjach można odczuć, że tak naprawdę – brak jej zaufanej osoby, a i takowej nie szuka.
Magda wraca do swojego życia po długim urlopie. Jest wypoczęta i nico szczuplejsza, niż była. Można teraz tylko wyglądać happy endu, cudownego pojednania zwaśnionej pary, albo pojawiania się nowego księcia na białym rumaku. Nic z tych rzeczy…

„Nie dziwię się mizoginistom. Istnieją kobiety, które postrzegają świat przez pryzmat niekończącego się okresu godowego.”

Magda chciała tylko zapalić kolejnego papierosa i zmieścić się w ten cholerny fioletowy kostium kąpielowy, który dostała od koleżanki. Oprócz papierosa – aby obie ręce były zajęte – warto zakupić dobrą lekturę. I tu, bohaterka przeżywa, znany mi z autopsji, problem – wizytę w księgarni.

„Jak to ogarnąć? Co wybrać i jak to wszystko dokładnie przeczesać? (…) Wstępna selekcja nie sprawiła trudności: albo tytuł był znany i niechciany, albo nieznany i też niechciany. (…) wynosząc pod pazuchą kilka egzemplarzy wybranych na podstawie pierwszych stron, tliłby się we mnie niepokój, czy nie wniosę do domu zgniłego jajka. (…)

Historia urywa się w trochę dziwny sposób: Magda spotyka się z Filipem. Co z tego wyniknie? Nie ma odpowiedzi. Trzeba przeczytać, wyciągnąć wnioski.
Ja miałam wrażenie, że Magda w Lanckoronie przywołuje we wspomnieniach fajnego, przystojnego, bogatego faceta, pociągającego, inteligentnego, dowcipnego, męskiego. A do mieszkania dziewczyny przyszedł żałosny jegomość, zagadał coś jak jakiś Alwaro z serialu wenezuelskiego, zapalił papierosa… i w ogóle mnie nie zachwycił! A taki miał być drugi Grey. Nie wiem, czy to celowy zabieg autorki. Może Magda miała pokazać się czytelnikowi z jak najlepszej strony, oczarować swoim poczuciem humoru, zdobyć sympatię? W jej wspomnieniach Filip był fajnym facetem, a kiedy poznajemy go „osobiście”, okazuje się gogusiem…

Ja trzymam kciuki za Magdę i za jej pulchne opakowanie!

Książkę polecam jako lekką, zabawną opowieść na jeden wieczór. A może, czeka Was podróż do rodzinki na święta?! Zatem ta książka będzie idealna, by wypełnić czas w pociągu!