Wiosenny wkurw na szkołę…

Jak zostałam matką, obiecałam sobie, że nie zajmę stanowiska w konfliktach na polu rodzic-uczeń-nauczyciel… Obiecywałam sobie to, bo mocno solidaryzuję się z nauczycielami, i, mimo, że już nie pracuję w szkole, nadal szkoła jest mi bliska – jest chyba po prostu moim środowiskiem naturalnym 😉

Moje dziecko jest już w 4 klasie, a więc… długo się powstrzymywałam. Dłużej już nie mogę patrzeć, jak idzie to w jakimś chorym kierunku. Obserwuję, pytam, czytam, rozmawiam, udzielam się… I coraz mocniej się najeżam. Na system, na belfrów, na rodziców. Tylko dzieci będą dla mnie zawsze na pozycji chronionej i nie mam dzieciakom nic do zarzucenia.

Po pierwsze: nie zgadzam się z tym, że młodzi ludzie są leniwi, egoistyczni, że tylko patrzą w smartfony…

Młodzi ludzie są wspaniali! Czytaj dalej

Reklamy

SAŁATKA Z CIECIERZYCY I TUŃCZYKA

20180310_121257

Ciecierzyca zawiera:

witaminy: C, B6, A, K, Tianminę, Ryboflawinę, Niacynę, Kwas foliowy
minerały: wapń, żelazo, magnez, fosfor, potas, sód, cynk.

Ciecierzyca, cieciorka, groch włoski – ta roślina strączkowa jest bardzo bogata w białko (100 g ugotowanej ciecierzycy ma prawie 9 g białka) i błonnik, ma niski indeks glikemiczny. Jest polecana dla osób odchudzających się, a ponadto: obniża poziom złego cholesterolu i ciśnienie krwi, ma słuszną zawartość żelaza.

Dzisiaj proponuję bardzo zdrową, sytą i smaczną sałatkę, która może być śmiało spożywana na śniadanie, kolację, lunch.

Składniki (na ok. 4 porcje)

ok. 200 g gotowanej ciecierzycy (może być z puszki czy słoika)

ok. 180 g tuńczyka w sosie własnym (puszka)

ok. 150 g (3 sztuki) ogórków kiszonych

pół cebuli drobno posiekanej

2 jajka na twardo

2 pomidorki suszone z zalewy olejowej

koperek

sos: 2 łyżki jogurtu naturalnego, 1 łyżka musztardy

Jajka, ogórki, pomidorki kroimy w kostkę, dodajemy posiekane koperek i cebulę. Przyprawiamy sosem. Jeśli chcemy – doprawiamy solą himalajską i pieprzem.

Cała sałatka ma ok. 750 kcal, a same jajka, tuńczyk i ciecierzyca dają aż 70 g białka.

Jedna porcja sałatki to ok. 190 kcal i jakieś ok. 18 g białka.

Pięść, Skowyt oraz Głodujące Psy

Całymi dniami wisisz

nad laptopem

w potrzasku pomiędzy

krzesłem a biurkiem

jest cię tyle, ile

przestrzeni między nimi

Przyznam, że kiedy otrzymuję propozycje ocenienia wierszy kolegów, okołorodzinnych znajomków, uczniów, dzieci i wnuki moich znajomych… z góry mnie jakoś mdli.

Mam bardzo złe doświadczenia z poezją współczesną. Zawsze mówię w takich sytuacjach, że wspaniale, że pisz dalej, ale rzadko robię to z przekonania, najczęściej, kiedy ktoś mnie prosi o wyrażenie swojego zdania na temat jego poezji… uciekam!

Tym razem nie wycofałam się, zerknęłam na bloga pana Mateusza Skrzyńskiego i zupełnie bez przykrości poczytałam sobie młode, nowe, świeże, inne teksty.

Dostałam debiutancki tomik wierszy „Pięść, Skowyt oraz Głodujące Psy” już jakiś czas temu, ale dopiero teraz zbieram się, żeby Wam o nim opowiedzieć.

Czytając pierwsze utwory, uznałam, że nie jest to poezja, a raczej proza poetycka. Wiersze są fabularne, jak opowiadania, relacje, a ich język jest poetycki, nasycony środkami stylistycznymi, no i mają układ wersowy.

Bardzo krótko:

współczesny

gorzki

ciekawy

mocny 

prawdziwy

prosty

…ale brakuje mi czegoś. Jest poprawny, jest interesujący, miejscami nawet intrygujący, ale mam wrażenie, że Autor się hamuje, sili się na poprawność, sili się też, żeby zawrzeć w swoich wierszach całą zawartość ciemnych uliczek, starych bram, ślepych zaułków i podejrzanych dzielnic… nie wykrzykuje wszystkiego. Brakuje mi pozytywnej strony świata. Kiedy skończyłam cały tomik (nieco ponad 100 stron) odniosłam wrażenie, że właśnie byłam świadkiem zstąpienia podmiotu lirycznego na ziemię, poznania jej od najgorszej strony, izolowania się od wszystkiego, co dotyczy ludzi (bo świat ludzi jest tani, brzydki i zły), i skwitowania tego:

to nie moja bajka

Podmiot liryczny niczym się nie cieszy… ma w zasięgu ręki: gołe cycki, szerokie dupy, wyjące psy, pijaków, schizofreników, jakiś sex, jakaś ukochana się nawet kręci – a nic go nie cieszy, z niczego się nie cieszy, ale też niczego nie krytykuje i niczego nie zmienia. Taki podmiot liryczny, co działa mi na nerwy, łazi, komentuje, narzeka i nic nie robi 😉

Cuchnie to

tanią nieprawdą

No i zadziwiła mnie dedykacja: mojej żonie.

Całe bagno ubóstwa, nałogów, głupoty, chorób, prostactwa – zadedykował Autor swojej żonie. Przedziwne…

Muszę pochwalić za język. Widać i warsztat i talent (no, jakbym chciała, to bym się przyczepiła, chociażby modnego „posiadam” – posiadam samochód – bardzo pretensjonalny wyraz, dużo lepszy byłby czasownik „mieć”).

Ta poezja robi wrażenie i jest dobra.

 

Panie Mateuszu,

z przyjemnością przeczytałam tomik i trzymam mocno kciuki za dalsze projekty. Jestem bardzo ciekawa, jak Pan się rozwinie. Proszę przyjąć życzenia powodzenia i małą radę: puenta i koncept – to może stare sztuczki, ale nadal stanowią o wartości wiersza, decydują o wrażeniu, jakie utwór pozostawi po sobie. Sam sarkazm na niewiele zda się, jak Pan wyraźnie nie zakończy myśli.

PS

Proszę napisać żonie coś pięknego i wzruszającego, a pięści, skowyty i zdychającą z głodu zwierzynę – zadedykować złośliwemu sąsiadowi 😉

20180222_173331

Z czystym sumieniem polecam bloga Mateusza Skrzyńskiego

https://mateuszskrzynski.wordpress.com

Oczyszczająca zupa z kapusty

20180210_152513

 

Niech Was nie zwiedzie zdjęcie – to nie jest bigos, ani kapuśniak, to bardzo pożyteczna, oczyszczająco-odchudzająca zupa z białej kapusty. Polecana, kiedy planujemy kilkudniowe oczyszczanie organizmu. Po takiej kuracji odchudzającą zupą, łatwiej też przejść na dietę. Stosuje się ją np. po świątecznym obżarstwie, aby przyspieszyć trawienie, odciążyć wątrobę i żołądek, oczyścić organizm z toksyn.

Zaleca się zjadanie takiej zupy  2 razy dziennie. Prócz niej – spożywać 2 inne posiłki w rozsądnych dawkach kalorycznych 😉

W necie jest wiele przepisów. Ja przygotowuję ją tak:

1 kg kapusty białej poszatkowanej, 2-3 papryki zielone, 2 duże cebule, 1 marchew, kawałek selera, 1 pietruszka, liść laurowy i 3 ziarna ziela angielskiego- wszystko gotuję do miękkości (ok. 30 minut), potem dodaję pomidory z puszki (lub 3 świeże pomidory bez skóry). Przyprawiam solą himalajską, koprem włoskim w ziarnach, kminkiem i majerankiem.

Zupę można zmielić i zamrozić. Można podać w formie bigosu z dodatkiem gotowanego mięsa (drobiowego, wołowego).

Fit brownie z czerwonej fasoli

20170927_154523_Film1

Moje czekoladowe wariactwo 😉

Uwielbia ciasta czekoladowe! Wypróbowałam mnóstwo przepisów na desery przypominające ciacha czekoladowe. Ten jest moim zdecydowanym faworytem: prosty przepis, mało roboty, szybkie wykonanie, a smak… niemal jak wielki kawał czekoladowego tortu, który śni mi się od kilku miesięcy i nie daje spokoju 😉

Zamieniłam: cukier biały na banan i żurawinę; masło (czyli nasycone kwasy tłuszczowe) na olej lniany (czyli bardzo zdrowy wielonienasycony tłuszcz, którego nasz organizm sam nie produkuje, więc powinniśmy mu go dostarczać) i masło orzechowe (czyli jednonienasycone kwasy tłuszczowe).

Ciasto z poniższego przepisu wychodzi wilgotne, niezbyt słodkie, bardzo sycące. Wypełnimy nim małą keksówkę.

Dla rządnych bardziejszysz słodkości – radzę dodać ze 2 łyżki ksylitolu (stewii, syropu klonowego, miodu, albo bardzo dobrej jakości cukru trzcinowego nierafinowanego).

Dlaczego czerwona fasola?

  • ma więcej białka niż mięcho (chociaż trzeba pamiętać, że białko roślinne jest nieco mniej wartościowe od zwierzęcego – nie zawiera bowiem tylu aminokwasów)
  • jest źródłem witamin z grupy B (przede wszystkim witaminy B1, a więc działa przeciwdepresyjnie, poprawia pamięć i zdolność logicznego myślenia).
  • ma lekkostrawną skrobię i dużo błonnika
  • zawiera potas, wapń, fosfor, cynk

Składniki:

puszka czerwonej fasoli

1 łyżka masła orzechowego

1 łyżka oleju lnianego

2 jajka

duży, miękki banan

jakieś 2 łyżki suszonej żurawiny (mogą też być daktyle)

ok. 2 łyżki kakao

1 łyżeczka proszku do pieczenia

opcjonalnie: pół tabliczki dobrej gorzkiej czekolady, posiekane migdały.

 

Krok 1.

Żurawinę (lub daktyle) moczymy jakieś 5 minut we wrzątku. Fasolę płuczemy zimną wodą i odcedzamy.

Krok 2.

Wrzucamy wszystkie składniki (prócz czekolady i orzechów) do miski i dokładnie mielimy (można blenderem ręcznym albo kielichowym). Jak ciasto nabierze kremowej konsystencji, dosypujemy czekoladę i orzechy.

Krok 3.

Wylewamy ciasto do małej keksówki (posmarowanej olejem lnianym). Pieczemy jakieś 40 minut w 180 st. C.

Ciasto dostarcza głównie białka, zdrowych tłuszczy i węgli – zatem polecam jako 3 lub 4 posiłek w dniu treningowym 🙂 Jeden kawałek to ok. 120 kcal.

Smacznego!

PS

A dla niedopieszczonych, proponuję wersję posmarowaną kremem czekoladowym z avocado tu: https://gospodaliteracka.wordpress.com/2017/05/14/krem-czekoladowy-z-avocado-fit-nutella/

20170426_193513

 

 

 

ŚWINIA RYJE W SIECI, czyli z pamiętnika hejtera

20170721_161238_Film1

Wyobraźcie sobie: środek lata, w biurze 35 stopni i brak tlenu, biurko zawalone teczkami, harmonogram uginający się od dedlajnów… Tak oto Potłuczona szykuje się do urlopu. Ale Potłuczona nie jest normalna (bo się potłukła jakiś czas temu i po sklejeniu zostało trochę niedoróbek), więc na propozycję narzeczonego „Jedźmy na plażę pić drinki z parasolką”, odpowiada: „Zróbmy remont”.

W ciągu dwóch dni w moim mieszkaniu powstała wytwórnia gruzu, a ja spakowałam trzy pary gatek i wylądowałam u mamusi, w małym miasteczku, na zielonej łące za domem, w gumowcach i bikini (jedyny słuszny ubiór w sytuacji stąpania po podmokłych terenach przy zażywaniu kąpieli słonecznych).

 

Dziękuję Ci, PigOut!

W takich okolicznościach przyrody wzięłam do ręki nową publikację wydawnictwa EDIPRESSE. Nie mogło mi się na ten moment przydarzyć nić fajniejszego. Książka nie dość, że podniosła mnie na duchu, rozbawiła, to jeszcze dodała otuchy, że nie tylko ja jestem potłuczona.

Autorem książki „Świnia ryje w sieci, czyli z pamiętnika hejtera” jest twórca bloga PigOut. Śledzę od jakiegoś czasu, a i fanpejdż na fejsbuku z wielką przyjemnością polubiłam (choć nie polubiam tak ochoczo wszystkiego, co polecane i uczęszczane).  Nazwiska Autora nie ma co szukać – ani na okładce, ani na stronie tytułowej, ani nawet na stronie redakcyjnej. Pisze się tu pod pseudonimem blogowym.

Zastanawiałam się, jak skomponować recenzję takiej książki. I doszłam do wniosku, że ta publikacja nie jest typowa, więc i od recenzji nie oczekujcie przypadkiem odpowiedzi na pytanie „A o czym to?”.

Mogę Wam napisać „co to” – to zbiór tekstów, podzielony na cztery części:

„Świnia ryje w sieci” – o mediach, durnowatej modzie, śmiesznym marketingu, kinie, muzyce, wydarzeniach kulturalnych – słowem popkultura.

„Świnia na czerwonym dywanie” – czyli taki poradnik, jak nie zrobić kariery, ewentualnie jak ją zrobić i przepuścić na pierdoły.

„Świnia we własnym korytku” –  autoironiczne historie z życia.

„Świnia w podróży” – bardzo zabawne i luźne podejście do gatunku „reportaż z podróży”.

 

Blog PigOuta znajdziecie tu: http://www.pigout.pl

Informacja z fanpejdża na fejsbuku:

Głodny, zły i brzydki. Miłośnik trzypiętrowych burgerów, fan popkultury, entuzjasta podróży i kontestator rzeczywistości. Hejter, ale z klasą.

Takie tam darcie łacha z polityków, celebrytów, hipsterów i samego siebie. Popkultura, bieżące wydarzenia, selfiaki z burgerami i lifestajl dla leniwych, jednym słowem PigOut.

Trochę skromnie, bo na blogu nie przeczytamy o tym, jak fajnie siedzi się na kanapie i wcina burgery, czy też o tym, jakie majty Doda albo inna Cichopkowa założyła na bal charytatywny ratujący niedźwiedzie polarne na Saharze. Blog jest całkiem ciekawy. Są informacje o tym, gdzie dobrze zjeść, gdzie pojechać, co warto zobaczyć w kinie, jest sporo felietonów – wszystko w krótkiej, zjadliwej, humorystycznej oprawie, bez napinki. Ot, po prostu – wyrażenie swojej opinii.

Dość wspomnieć, że fp na fb ma ponad 17 tysięcy fanów! A czemu? Bo PigOut jest sympatyczny, zwyczajnie – jest sympatyczny! Pisze sobie (zresztą fajnie sobie pisze, bez zarzutu – matką polonistką się chwali kilkakrotnie, zatem docenia jej starania, za co ma u mnie duży plus – z wiadomych powodów. Może mój syn też kiedyś popełni jakieś dzieło i wspomni w nim o mamie polonistce 😉 ) o swoich odczuciach, o swoich spostrzeżeniach, wyraża swoją opinię – i nigdy nie traktuje tego, co pisze, jako jedynie słusznego poglądu i prawdy ostatecznej, nie przemyca w swoich tekstach sugestii, że jak ktoś myśli inaczej od niego – to głupek i niedouk.

„Świnia ryje w sieci” to teksty podobne do tych, jakie publikuje na blogu – krótkie, treściwe, zabarwione humorem (niejednokrotnie czarnym).

Czytało mi się naprawdę fajnie, zwłaszcza, że mój sposób myślenia idzie często w podobną stronę i podobne wyciągam wnioski, obserwując ten niewielki fragment świata, jaki jest mi dany.

Czytało mi się fajnie od początku, ale na 44. stronie postanowiłam podjąć już decyzję, czy czytam dalej (nie kończę gniotów – szkoda mi na to życia).

Coache i mówcy motywacyjni. Zdecydowanie największy fejsbukowy nowotwór. Nawet matki Brajanka nie spieprzą ci tak skutecznie dnia, jak coache. (…) Później jeszcze bezczelnie każe ci wyjść ze strefy komfortu. Raz wyszedłem, nie podobało mi się.

„Mój człowiek” – pomyślałam (i pomyślałam tak jeszcze wiele razy, czytając te wolne myśli) i czytałam dalej do jakiejś 2 w nocy (w myśl mojej stałej zasady „Jeszcze tylko jeden rozdział” – łyknęłam całą, a rano było mi przykro, że się skończyło).

PigOut pisze nie tylko o tym, co wkurza go w necie. Pisze, co sprawia, że szlak go trafia na co dzień: w pracy w korpo, w wielkim mieście i wielkich mieszczuchach. Nie oszczędza samego siebie – ze szczerością dziecięcia opisuje wtopy, których był głównym bohaterem (niektóre ciekawsze, inne nieco mniej).

Dziwi mnie co prawda, dlaczego Autor zechciał nazwać siebie hejterem. Ja jestem daleka od takiej oceny PigOuta. Powiedziałabym raczej, że hejt częściej kieruje w samego siebie niż w innych.

Książka nie stanie u mnie na półce wespół z wybitnymi dziełami. Stanie sobie chwilowo w ‘lekkich aktualnościach’, dopóki nie znajdę dla niej lepszego lokum.

Jeśli macie dystans, lubicie ironię, umiecie śmiać się z siebie i chcecie przeczytać coś prostego, bardzo aktualnego, to ta książka jest dla Was. Gwarantuję, że – tak jak ja – często będziecie powtarzać w trakcie lektury: „Mój człowiek!”.

Ale nie byłabym sobą, jakbym się nie przypieprzyła.

Widać pośpiech: w pisaniu, w redagowaniu i w korekcie. Kilka pierdoletek edytorskich, redaktorskich zaniedbań – ok, ale mocno ukłuł mnie w oko brak konsekwencji w pisowni, może komuś to nie przeszkadza, ale mnie – niestety tak. Nie rozumiem na przykład, dlaczego Autor (redaktor, korektor) nie zdecydował się na jedną formę zapisu wulgaryzmów. Raz mamy jakieś wykropkowanie, innym razem wali mięchem bez zastanowienia, czasem – wali z zastanowieniem i wtedy przeprasza zanim walnie. Podobnie jest ze spolszczeniami. Ja osobiście uwielbiam spolszczać pisownię, odmianę – ułatwiam sobie życie. Tu mam do czynienia z różnymi formami – spolszczonymi, pisanymi oryginalnie, używaniem potocznych określeń albo oficjalnych nazw. Rozumiem, że to wiele tekstów w jednej książce – ale na tym zdaje się polega zadanie redaktora, aby to umiejętnie sklecić w jedną publikację.

Ale duży plus za: nowe teksty, niepublikowane na blogu! Autor nie poszedł na łatwiznę i NAPISAŁ KSIĄŻKĘ, a nie wydał to, co już kiedyś popełnił – a to wielka różnica. Za to właśnie – wybaczam powyżej wspomniane błędy.

Panie PigOucie, proponuję jednak nieco bardziej zaszaleć z tym hejtem, skoro się Pan hejterem ogłosił, z krytyką Panu całkiem do twarzy, niech się Pan nie ogranicza do powszechnie i dawno już shejtownych rzeczy(wistości). No i za dużo u Pana poprawności politycznej, żeby nie rzec: ‚asekuranctwa’. Śmiało! Ma Pan na koncie pierwszą publikację – jest dobra, i rokuje. Zatem, do dzieła!

 

CIASTKA JAGLANE Z MASŁEM ORZECHOWYM

 

18953054_1497585663627657_3133206093356348968_n

Mąka jaglana jest bezglutenowa i zawiera witamin z grupy B, fosfor, potas i wapń. Jest wysokokaloryczna (ok. 380 kcal w 100 g). Problem z mąką jaglaną w wypiekach jest taki, że potrzebuje ona innych mąk, żeby ciasto było zwarte, żeby się nie rozpadło, jest bowiem bardzo delikatna, jak pyłek. Żeby nie dodawać innych mąk, postanowiłam ‚skleić’ tę masę budyniem. Ciacha były pyszne, bardzo kruche – ale ta nadmierna kruchość nie przeszkodziła mojemu synowi i jego kolegom pochłonąć całego zapasu na raz 😉

  • 1/2 szklanki masła orzechowego
  • 1/2 szklanki cukru trzcinowego
  • 100 g masła
  • 1 duże jajko
  • 1 1/2 szklanki mąki jaglanej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia, pół łyżeczki sody
  • 2 łyżki budyniu waniliowego
  • kropelki czekoladowe (albo pokrojona czekolada gorzka – pół tabliczki)

Wszystkie składniki w temperaturze pokojowej należy dokładnie połączyć (mikserem). Ciastka poukładać na blasze, nie należy ich rozgniatać, same sobie poradzą.

Piecz w 180 st. C przez ok 15 minut. Wyjąć, wystudzić i dopiero wtedy delikatnie zdjąć z blachy (ciastka będą najpierw miękkie w środku, potem skruszeją).

Smacznego!